Wyszukiwarka:

 


 



Naszym wspólnym mianownikiem były wielkie czasy, w których żyliśmy.Rozmowa ze Zbigniewem Joachimiakiem (fragment)

 

Adam Bienias: Kiedy w liście poprosiłem pana o kilka wspomnień związanych z Nową Prywatnością napisał pan takie słowa: „W młynie powstawania i zatracania się zjawisk literackich, lata 70. wydają się z dzisiejszej perspektywy młodych autorów jako mało ciekawe i nieistotne. Może słusznie? Ale może jednak nie, gdy pomyśleć, jak przechodziły kolejne fale pokoleń i co po sobie pozostawiały. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w latach 70. prowadziliśmy bardzo poważny spór o sposób pisania, o prawa poetyckie do osobistej ekspresji nie obciążonej tyrteizmem, społecznym obowiązkiem Nowej Fali, a jednocześnie uwolnione od metaforyzmu i szczególnej metafizyki Orientacji. Dzisiaj widzę jasno, że przynajmniej dla mnie, najważniejszą sprawą w tamtych młodzieńczych czasach było prawo do wolności w pisaniu, do realizacji takiej poezji, jaka była mi najbliższa, bez definiowana jej stylu i rodzaju”.... W latach 70. był pan jednym z założycieli grupy poetyckiej Wspólność i liderów ruchu poetyckiego Nowej Prywatności. Redagował pan związane ze Wspólnością zeszyty literackie „Litteraria”, później również pismo gdańskich środowisk twórczych „Punkt”, zeszyty artystyczne „Integracje” i miesięcznik literacki „Autograf”. Stąd też na początek chciałbym zapytać o pana wspomnienia dotyczące Gdańska lat 70. i 80. Czy możliwy jest powrót do przeszłości?

Zbigniew Joachimiak: Dobrze. Spróbuję odpowiedzieć na pana pytania. To może nie najgorszy sposób, aby na chwilę ożywić to, co definitywnie jest już minione. Muszę jednak wyznać, że robię to z niezupełnie dla mnie zrozumiałą niechęcią. Nie wobec pana, oczywiście. Wywoływanie duchów jest wysiłkiem próżnym a spójne przywołanie tamtych czasów jest zadaniem ponad moją wiarę. Jeszcze jako student polonistyki twierdziłem, że historia literatury jest niemożliwa. Coś w tym było na rzeczy. Może dlatego nigdy nie pożeglowałem w stronę akademizmu. Może dlatego w życiu, w mojej aktywności duchowej jestem przede wszystkim poetą a nie badaczem, krytykiem, historykiem literatury. Wydaje się, że poezja może znacznie więcej. Może nawet przekraczać czas. A więc, gdy teraz mnie pan dopytuje, „ jak to było”, to przecież, choć byłem świadkiem tamtych czasów, czuję się niepewny, co się naprawdę stało, co się działo, jak naprawę było, a już zupełnie czuję się bezradny, gdy mam odpowiadać na pytania: dlaczego?

To długie zastrzeżenie przed podjęciem odpowiedzi na pańskie pytanie jest o tyle konieczne, że chcę wyrazić inną ogólną uwagę. Wszystko co mówię tutaj jest o tyle prawdą, o ile sam w to wierzę. Czy inni mogą podzielić moją wiarę i moją o tamtych czasach opowieść? Nie. Nie mogą, nie muszą, ale mogą jej posłuchać, co mam w tej sprawie do przypomnienia. Mogą posłuchać tak, jak słucha się wiersza. Za każdym znaczeniem stoi wiele innych znaczeń. Każde słowo ma kilka ech. A każde wspomnienie jest tylko kolejnym odbiciem w nieskończonym ciągu luster. 

 – Pamięta pan kiedy po raz pierwszy pojawiło się określenie „Nowa Prywatność”? 

– Kiedy pojawiło się to określenie, szybko je zaakceptowałem, bowiem to otwierało wiele perspektyw, było wrotami do szerokiego projektu antropologiczno-kulturowego na użytek literacki, w którym człowiek nie jest jednoznaczny, jego życie jest mieniącą się, ruchliwą wstęgą, a twórczość jest czymś znacznie więcej niż zadaniem, literaturą, pracą, sposobem komunikacji, zarobkowaniem, stylem życia… Człowiek „nowoprywatnościowy” jest całością, nie jest rozczłonkowany na funkcje i osoby. Gdy powstawał ten projekt, był dla mnie szansą na ucieczkę przed sprasowaniem kulturowym, przed uniformizacją, unifikacją, definizacją. Literatura „prywatnościowa” dawać miała szansę na pełnię lub raczej na nieskończoną ilość pełni wyrażanych każdym autorem i jego twórczością z osobna. Dlatego nieważne były zagadnienia stylu, poetyki i zadania, jakie stawia się literaturze, bo wszystkie te elementy były do wzięcia według własnych potrzeb. Tyle jest literatur ilu jest twórców. I tak jest dobrze. Właściwie. 

Niemniej jednak, gdy w latach 70. szukaliśmy samych siebie, własnej tożsamości w tym wcale nienudnym i niełatwym świecie kultury nie zawsze wiedzieliśmy czego szukamy. Gdańsk był dobrym miejscem, bo panował w nim klimat relatywnie nieskostniały. Funkcjonowały miejscowe nieformalne grupy twórcze, środowiska artystyczne, miejscowe koterie i towarzystwa, były gazety, pisma, w których sporo miejsca poświęcano literaturze – mam na myśli „MJL Litery” a też „Tygodnik Morski”, w którym debiutowałem w 1974 roku. Zastane układy, oczywiście, stały się dla nas pierwszym punktem odniesienia i sprzeciwu, ale – jak dzisiaj to widzę – działały raczej na nas katalitycznie, nie niszcząco. Bardzo łatwo przychodziło nam debiutować w miejscowej prasie. Dość wcześnie zaczęliśmy wydawać swoje książki. Ale to nie wystarczało, szybko pojawiła się potrzeba posiadania własnych „instytucji”, nie wystarczało nam uczestnictwo w istniejących tytułach, czy wydawnictwach. Dlatego szybko doszło do zawiązania różnych sojuszy, które realizowały wspólne, już nasze własne projekty. Na bazie jednego z takich sojuszy, w tym przypadku pomiędzy młodymi pisarzami i studentami artystami z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, powstało wydawnictwo poetyckie, tzw. Arkusze Borosa, które wydało jak na tamte czasy niezwykle rewolucyjne w formie tomy poetyckie. Tu zadebiutował tzw. „drukiem zwartym” m.in. Zawistowski, Pawlak, niżej podpisany, Czekanowicz. Nie pamiętam już wszystkich autorów, ale seria miała 12 edycji. Uniwersytet Gdański umożliwił nam wydawanie (bez nadmiernie czułej opieki) własnego pisma studyjnego „Litteraria”. 

Było zatem jak w Odzie do młodości Mickiewicza: „Hej ramię do ramienia”? 

Szybko zrozumieliśmy, że aby skutecznie istnieć publicznie musimy się lepiej organizować. Powstawały więc szybko grupy poetyckie. Organizowaliśmy seminaria, konkursy. Jasne było, że nie powinniśmy zamykać się w naturalnych gettach środowiskowych, czy to uniwersyteckich, czy artystowskich. Rozumieliśmy (albo ja to tak pamiętam), że aby być usłyszanym, musimy wyrwać się z regionalności i lokalności. Byłem rzecznikiem i jednocześnie animatorem związków pomiędzy różnymi grupami literackimi w Polsce. Przyjaźniliśmy się i spotykaliśmy z takimi grupami ja MY z Krakowa, Moloch z Warszawy, Centrum Literackie „Jaszczury”, Od Nowa z Poznania, a nawet przez przyjaźń z Jerzym Piątkowskim z grupą Teraz. Zawiązywaliśmy przyjazne relację ze środowiskami młodoliterackimi z Wrocławia, Poznania, Szczecina, Lublina. Dużo podróżowaliśmy. Jeździliśmy do nich, a oni do nas. Sami stworzyliśmy grupę poetycką o długiej, ale precyzyjnej, ukazującej jasno nasze intencje nazwie Grupa Sytuacyjna Poetów i Artystów „Wspólność”.

Może to banalnie wszystko wygląda z dzisiejszego punktu widzenia, gdy nie ma większego problemu z opublikowaniem swoich wierszy, np. w Internecie lub jednym z wielu pism papierowych, które ukazują się nieomal w każdym kulturalniejszym miasteczku, gdy wydanie książki debiutanckiej to raczej kwestia znalezienia finansowania a nie wydawcy. Wtedy było jednak nieco trudniej. Nie było Internetu, ale była cenzura. Były wydawnictwa, ale głównie państwowe, a papier był limitowany. A jednak pod wieloma względami było też lepiej. Istniała realna i wysokonakładowa sieć pism literackich. Druk w nich był rzeczywistym dotarciem do szerokiego czytelnika i był realną weryfikacją twórczości. Niski nakład tomiku poetyckiego to było 1000 wobec dzisiejszych 200–300 egzemplarzy. 

Najważniejsza jednak była dla nas – pewnie i dzisiaj tak jest – materia duchowa, w której żyliśmy i się rozwijaliśmy. A więc lektury, dzieła sztuki, programy artystyczne, autorzy i ich książki. Materia w wymiarze uniwersalnym i polskim. Z jednej strony zaczytywaliśmy się w realizmie magicznym, wciąż jeszcze panowali pisarze egzystencjalni, odkrywaliśmy Sylvię Plath, Geneta, Wojaczka, słuchaliśmy Beatlesów, Pink Floyd i Cohena, a z drugiej przeżywaliśmy Barańczaka, ekscytowaliśmy się Sklepami mięsnymi Zagajewskiego, premierami teatralnymi u Dejmka i Hebanowskiego. Z trzeciej odkrywaliśmy, że rówieśnicy również piszą fantastyczne wiersze. Nie bez znaczenia było, że wielu z nas było studentami Uniwersytetu Gdańskiego, a wtedy było to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było zetknąć się z nowoczesną myślą humanistyczną. U mnie na polonistyce Uniwersytetu Gdańskiego szalała i zarażała niepoprawnym myśleniem (czyli nie całkowicie lansowanym przez oficjalną kulturę) nie do przecenienia profesor Maria Janion. 

– To bardzo dużo osiągnięć w stosunkowo krótkim czasie. 

– Tak, to co udało nam się osiągnąć w krótkim czasie kilku zaledwie lat w Gdańsku, czyli stworzyć czytywane i cenione studyjne pismo „Litteraria”, serię poetycką Borosa, seminaria w Wieżycy, poświęcone w dużym stopniu najnowszym, młodoliterackim zjawiskom literackim, powołać do istnienia w Gdańsku co najmniej trzy grupy poetyckie, stworzyć sieć powiązań z innymi środowiskami młodych pisarzy, otrzymać kilka znaczących nagród literackich – wszystko to spowodowało, że nagle zaczęto mówić o boomie poetyckim w Gdańsku. Myślę, że było w tym określeniu, jak na dzisiejsze standardy, dużo przesady. Może pod jednym względem było w nim trochę racji: wielu wtedy debiutujących poetów demonstrowało naprawdę wielki talent, a jednocześnie odrębność. Większość z nas dzielił sposób pisania, łączył poziom tekstów. Takie indywidualności jak Anna Czekanowicz, Aleksander Jurewicz, Władysław Zawistowski, Jerzy Kamrowski, Waldemar Ziemnicki, Antoni Pawlak, Kazimierz Nowosielski, niżej podpisany, a też zaprzyjaźnieni Grzegorz Musiał z Bydgoszczy, Piotr Kawiecki z Kociewia, Andrzej Grzyb z Kaszub, nie mogły stworzyć typowej programowej wspólnoty literackiej, zbyt wiele nas dzieliło w sferze warsztatu, światopoglądu i wrażliwości estetycznej. Może dlatego zaczęliśmy się zastanawiać czy coś, jeśli tak, może jednak nas łączyć. Projekt Nowej Prywatności odpowiedział na wiele naszych oczekiwań. 

– Paradoksem tamtej zróżnicowanej środowiskowej, literackiej „wspólnoty” było to, że największą jedność grupa zyskała kilka lat później w akcie zgodności etycznej, czymś zgoła nieprogramowym, w wydarzeniu historycznym, po którym nieomal całkowicie ta wspólnota się rozpadła, pozostała tylko dość zagubiona konstelacja pojedynczych pisarzy.

– Gdy 17 sierpnia 1980 roku znalazłem się w Stoczni Gdańskiej, spotkałem tam Marka Bieńkowskiego i Władysława Zawistowskiego, Antoniego Pawlaka i wielu innych kolegów poetów. Napisaliśmy wtedy, jako pisarze stowarzyszeni w Kole Młodych ZLP, jedyny prawdziwy programowy, choć krótki manifest. Nie był to manifest artystyczny. Był to list popierający stoczniowców i ich polityczne żądania, pierwszy dokument tego typu napisany przez intelektualistów i ogłoszony w trakcie tego strajku. Dodam że, choć może to też brzmi niezbyt poważnie, zebraliśmy i przekazaliśmy około 500 zł na fundusz wspierający robotników. Dla nas cienkich studenciaków i młodych poetów było to sporo kasy. Dopiero 21 sierpnia wsparli strajk nasi starsi koledzy pisarze z ZLP, też nie jednomyślnie. Piszę „też”, bo z kronikarskiego obowiązku powinienem jednak przyznać, że kilku młodych pisarzy i krytyków przelękło się i nie chciało podpisać naszej rezolucji odczytanej w Sali BHP w Stoczni. Ale to działo się kilka lat później. W latach 70. wydawało się nam, że to my zdobywamy świat. Nasze książki budziły naprawdę zainteresowanie. Dojrzewaliśmy. 

– Z pana opowieści można zatem wywnioskować, że Gdańsk był wówczas głównym ośrodkiem polskiej poezji.

Rzeczywiście były chwile, gdy miałem uczucie, że centrum nowej, młodej poezji znajdowało się w Gdańsku. Mieliśmy tu kilka ciekawych, jak to teraz się określa, instytucji kultury, a więc przede wszystkim powstał głodny nowych idei Uniwersytet Gdański z bardzo inteligentną młodą generacją pracowników naukowych, przyjaznych nowym zjawiskom literackim i intelektualnym. Tu poznałem wówczas młodego badacza literatury, późniejszego prozaika, Stefana Chwina, który, chyba nie przekłamię, dość mocno identyfikował się ze środowiskiem literackim Gdańska. Działał legendarny Klub Studentów Wybrzeża „Żak”, gdzie przez cały rok działy się fantastyczne wydarzenia. Tu rozdawano kultowe nagrody poetyckie Konkursu Literackiego „Czerwona Róża”. Główna nagroda była za zestaw wierszy, a rozdawano również nagrody literackie za całokształt twórczości, za debiut, za działalność translatorską, a też nieregularnie w innych kategoriach. Ranga konkursu była na tyle wielka, że moja mama dowiedziała się o tym, że otrzymałem Czerwoną Różę z dziennika telewizyjnego. Ta nagroda była odpowiednikiem dzisiejszej Nike, mogą o tym świadczyć nazwiska laureatów: Marian Grześczak, Ernest Bryll, Edward Balcerzan, Krzysztof Gąsiorowski, Krzysztof Karasek, Adam Zagajewski. A z moich rówieśników: Aleksander Jurewicz, Antoni Pawlak, Leszek Szaruga i wielu innych wybitnych autorów. Co roku odbywały się Jesienne Spotkania, poświęcone kulturze studenckiej, a wtedy miała ona wielkie znaczenie, bo nie poddawała się rygorom kultury oficjalnej. Wydarzeń literackich nie brakowało, była ich ogromna ilość, łącznie z organizowanymi przeze mnie Seminariami Literackimi w Wieżycy na Kaszubach. 

To co działo się w Gdańsku, było obserwowane w całej Polsce. I doceniane. Grupy poetycka Wspólność i Muzeum Samowiedzy (Pawlak, Bieńkowski, Jurewicz, Terlecki) dokładały swoje cegiełki do tego fermentu. Na teksty w „Litterariach” odpowiadano w ogólnopolskich pismach literackich, takich jak „Student”, „Poezja” czy „Nowy Wyraz”, ale też były zauważane przez pisma opinii, m.in. „Politykę”. Nasza działalność budziła jednak nie tylko podziw, znacznie częściej była krytykowana. Spierano się z nami bez pardonu. Nie było chyba bardziej skrytykowanej grupy poetyckiej niż Wspólność. Ale tak, byliśmy w centrum… uwagi, nie tylko cenzury, bo ta bardzo uważnie nam się przyglądała i też „udoskonalała” nasze teksty, lecz również innych środowisk literackich.

– Każda formacja próbuje stworzyć swój program. Jakie były wasze najważniejsze cele i co z tego udało się zrealizować?

Swoistą próbą programową były „Litteraria”, pismo tworzone przez zespół zmieniający się i stale poszerzający. Skład redakcji: Anna Czekanowicz, Stefan Chwin, Zbigniew Joachimiak, Zbigniew Majchrowski, Stanisław Rosiek, Władysław Zawistowski gwarantował pismu wysoki poziom akademicki i jednocześnie zaangażowanie w aktualne wydarzenia w świecie młodoliterackim. Tu drukowaliśmy swoje ważne teksty programowe. Tu ukazał się, dla przykładu, wspólny tekst Czekanowicz, Zawistowskiego i mój pt. Kilka tez na temat: Światopogląd estetyczny młodego pokolenia. Tu miał miejsce pierwodruk bardzo istotnego tekstu dla diagnozy młodej literatury – szkicu Stefana Chwina Etyka i forma. Zderzaliśmy formy dyskursywne ze swoimi wierszami, ale również zaprzyjaźnionych poetów, na przykład Lothara Herbsta i Marianny Bocian oraz Stanisława Zajączka ze Szczecina. To był okres krystalizacji idei grupy poetyckiej Wspólność. „Litteraria” miały przede wszystkim oddziaływać na środowiska akademickie. Grupa poetycka Wspólność działać miała w środowiskach literackich i przebijać się do świadomości w prasie literackiej. Te „kompetencje” oczywiście traktowane były luźno i wiele razy Wspólność miała swoje manifestacje w ośrodkach akademickich, a „Litteraria” w klubach pisarskich. 

Sama nazwa grupy była swoistym programem: Grupa sytuacyjna Poetów i Artystów „Wspólność”. Podkreślenie sytuacyjności i jednocześnie wspólności ukrywało programowy paradoks grupy: bycia razem a osobno, bo od samego początku wiedzieliśmy, że nie łączy nas i że nie chcemy, aby nas łączyła wspólnota estetyczna czy nawet etyczna (bardzo wtedy dyskutowane kryterium literatury). Byliśmy razem nie dlatego, że byliśmy do siebie podobni, chcieliśmy być ze sobą, bo byliśmy niepodobni. Lubiliśmy odmienność w literaturze, a skutkowało to tym, że bardzo chętnie zaprzyjaźnialiśmy się z poetami o bardzo różnych stylach z różnych pokoleń i różnych środowisk. Wśród poetów Wspólności byli poeci akademiccy, przedstawiciele typowej cyganerii, poeci malarze i rzeźbiarze, a także naturszczycy i poeci robotnicy. 

  To wtedy podejmowaliśmy dyskurs z Nową Falą, która zresztą wcale nie była tak jednorodnym zjawiskiem, jak wielu dzisiaj uważa. Dla nas polemicznym polem była głównie jej tyrtejskość, postulat bardziej lub mnie skrywany, i konieczności angażowania się literatury w problematykę społeczno-polityczną. Od razu dopowiem, że nie kwestionowaliśmy wartości takiej literatury, mieliśmy świadomość, że jest potrzebna i konieczna. Przedmiotem naszego sprzeciwu był postulat etyczny, aby zaniechać innego rodzaju poezji. Nie akceptowaliśmy postulatu, żeby piętnować, deprecjonować poezję za to, że nie podejmuje się misji społecznej. Można bardzo, bardzo skrótowo to ująć tak – broniliśmy Harasymowicza przed Barańczakiem, jednocześnie broniąc Barańczaka przed realnym życiem i polityką. Uważaliśmy, że można pisać wiersze o zajączkach, ale i nie wolno karać poetów za to, że angażują się politycznie. To niby dzisiaj oczywistości, ale wtedy tak nie było. Życie w Polsce bardzo się skomplikowało. 

Lata 70. to wydarzenia polityczne, bunty społeczne, ale też powstawanie nieomal jawnej i oficjalnej opozycji demokratycznej. Nie chcieliśmy dać się zmiażdżyć tym wielkim procesom społecznym. Zauważaliśmy paradoks poezji politycznie zaangażowanej – angażując się w politykę poezja jest przez nią zjadana, tracąc na swej poetyckości, choć zyskując na wymowie społecznej i może też popularności. Historia ostatecznie potwierdziła naszą w tym względzie intuicję, wielkie powstanie społeczne, jakim był Sierpień 1980, zdusił literaturę, nie powstały ani w tym czasie, ani później wielkie dzieła, nie wyłoniły się nowe nurty literackie. Nie będę próbował tego oceniać, bo nie ma żadnej wątpliwości: życie jest najwyższą wartością i dobrze, że w tych parzących czasach wszystkie ręce poszły na pokład i ostatecznie ta rewolucja zwyciężyła. Czas na literaturę przyszedł później. Dzisiaj! Dzisiaj można pisać w pełnej wolności tworzenia. [...]


Rzeszów – Gdańsk 17.11.2013 r.

 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio