Wyszukiwarka:

 


 



Tomasz Cieślak

 

Czuku: ciekawy i osobny

 

Od W naszym azylu (1989) do Nietrwałej kompozycji (2013). Ćwierć wieku, dziesięć książek poetyckich. To dotychczasowy dorobek Marka Czuku, łódzkiego poety obecnego na łamach czasopism literackich jeszcze wcześniej, bo od 1985 roku, krytyka i publicysty. Zaczynał, jak wielu jego rówieśników, gdzieś w kręgu Nowej Prywatności. Ominęła go jednak głębsza fascynacja szkołą nowojorską, która tyle zrobiła (dobrego i złego) w polskiej liryce u progu lat dziewięćdziesiątych, ale – wśród licznych innych tropów – i nowojorczycy w jego wierszach zostawili swój ślad. 

Czuku poszukuje głębokich sensów i jest erudytą w czasach, gdy to niekoniecznie modne i niezbyt chętnie czytane. To poeta jakoś niekiedy staromodny – i jednocześnie zaskakujący świeżością obrazowania oraz celnością językowych zabiegów. Poeta kontrapunktu. Tradycyjnie liryczny – i coraz bardziej nieufny wobec języka. Żartobliwy (aż do kpiny) – i śmiertelnie serio, jak w Wierszu otwierającym tom Ars poetica z 2006 roku, który można by uznać za w pewnym stopniu wręcz programowy – bo łączy perspektywę polityczną z osobistą, refleksję metapoetycką ze zwykłą codzienną obserwacją:


Nie mieszczę się w roku 1999

(skrojono go nie na moją miarę).

Demokracja liberalna to urocza bajka,

a postmodernizm też już zjada

własny ogon.

Teraz myślę o kolacji,

choć mi jeszcze mleko nie wystygło.

I wcale nie mam ochoty przeklinać.

Zresztą chyba jestem

za bardzo ugrzeczniony

i to mnie męczy

u progu nowego tysiąclecia.


Trudno w jednym szkicu ująć paradoksalną istotę tej twórczości. Ulega ciągłej, nieoczywistej ewolucji. Proponuję zatem skupić na trzech ostatnich tomach, bowiem odnaleźć w nich można, choć w różnym natężeniu, tematy dla poety najistotniejsze.

 

O Forever (Sopot 2010)

 

Te wiersze mogą sprawiać w pobieżnej lekturze wrażenie autobiograficznych. Utwierdza to wrażenie tytułowanie wierszy kolejnymi datami, od 1960 do 1990, a wzmaga jeszcze zaskakujący „Indeks osób”, który poprzedza „Spis treści”. Znajdziemy w Indeksie Matkę, Ojca, Dziadka, Siostrę, Dorotę, ale też Panią ze żłobka (1962), Dyrektorkę, Władysława Kozakiewicza (wiadomo, olimpiada w Moskwie w 1980), Baadera i Meinhof (1975). Ramą tomu są dwa wiersze zatytułowane Forever, wyróżnione kursywą, nieznośnie sztambuchowe, przewrotne, balansujące na granicy grafomanii. Podmiot mówiący zachęca w nich do lektury pamiętnika – ale z naszego, nie ze swojego życia. To znaczący gest, to puszczenie oka. Czuku zbudował tom z premedytacją tak, by zagrać z ewentualną czytelniczą naiwnością i emocjami. 

W zamieszczonych w tomie lirykach starannie i konsekwentnie kreuje sytuację spowiedzi, kreuje (udaje?) szczerość wyznania. Trudno zresztą nie dać się zwieść zajmującej opowieści o dzieciństwie bohatera urodzonego w roku 1960, o okresie młodzieńczym przypadającym na dekadę gierkowską, a następnie – o odnajdywaniu się w dojrzałym życiu w realiach lat osiemdziesiątych, aż po rok 1990 (wszystkie wiersze tytułowane są kolejnymi datami rocznymi). Z nostalgią powędrujemy zatem do przedszkola, żeby poleżakować, pobić się w piaskownicy, przeżyć pierwszą miłosną fascynację, spróbować oranżady w proszku. Z nie mniejszym sentymentem wspominać będziemy z autorem gry planszowe i podwórkowe zabawy, misia Yogi i własne domowe zwierzaki, obowiązkowe smażenie się na plaży, emocje kolejnego Wyścigu Pokoju, zespół ABBA, ale też koszmar szkolnych akademii, a potem – maturę. Czuku zapisuje ją w wierszu pod datą 1978 i łączy z The Wall Pink Floydów (a przecież ten album ukazał się rok później…):


maturę zdominowała ściana

pink floydów potem był obóz


archeologiczny treningi karate

i samotność taka że aż


o tym nie myślałem

wspomnę tylko banalne


kwitnące kasztany które

wcale nie były takie głupie


Oto istota mechanizmu zawsze złudnej pamięci – bardzo ważnego narzędzia w kreowaniu przez poetę świata. Nakładają się na siebie impulsy z zewnątrz i historia osobista, pamięć emocji i uczuć. Podobnie dalej: studenckie miłości, zabawy w akademiku, strajki. Tak właśnie – wszystko wymieszane, wszystko zrównane, wszystko jednakowo głęboko zapisane w pamięci. Nie szkodzi, że nie każdy epizod przywołany w tych wierszach był naszym udziałem. Poeta daje czytelnikowi szansę snucia własnej, niejako równoległej opowieści. Właśnie o to chodzi! Daje mu możliwość odnalezienia siebie sprzed lat. Forever to taki mały przewodnik po PRL-u – od Gomułki do upadku ustroju. To opowieść, do której możemy dorzucić swoje trzy grosze, o ile też jesteśmy „stamtąd” i „z wtedy”. Ten rys wydaje mi niezwykle istotny i trwały dla odbioru całej poezji Marka Czuku. Przy swojej wyrazistej, niekiedy wręcz manifestacyjnej odrębności i osobności wobec poetyckiego mainstreamu, jest poetą nietracącym sprzed oczu perspektywy pokoleniowej, przeciwnie: osobiste doświadczenie sytuuje zawsze (acz nienatrętnie) na tle doświadczenia wspólnotowego i historycznego. Dlatego Forever nie jest poetyckim pamiętnikiem. To wszystko przecież kreacja, zbudowana na przekonaniu o niemożności wypowiedzenia się wprost. Należy go potraktować bardziej jako ciekawe liryczne studium przemijania i trwania, jako pytanie o świadomość i o tożsamość jednostki. 

Mimo wszystko, mimo wszelakich smaczków i kolorowych obrazków z przeszłości, Forever nie jest realizacją jakiegoś nostalgicznego projektu. Czuku buduje kolejne wiersze na zasadzie konsekwentnego skonfrontowania: tego co kiedyś – z tym co teraz, siebie sprzed lat – ze sobą współczesnym. To czasem konfrontacja bardzo brutalna, jak w wierszu 1972, w którym spacer z ulubioną suczką w parku Mickiewicza zostanie spuentowany ponurym dopowiedzeniem ostatniego wersu: „za dziesięć lat uśpimy papi”. Dla poety bowiem przeszłość nie stanowi terytorium mitu; nie jest azylem, miejscem bezpiecznej ucieczki od teraźniejszości. Inaczej: jest ona – w swoim wielowątkowym pomieszaniu, w plątaninie spraw błahych i ważnych, intymnych i społecznych – prawdziwym źródłem tego, co teraz. Sądzę, że udała się Czuku rzecz niezwykła – wykreowanie, a może raczej pochwycenie świata w jego komplikacji i jednocześnie w jakiejś podstawowej wewnętrznej jego jedni. 

Niezborne opowieści małego dziecka (świetnie warsztatowo rozegrane ostrymi przerzutniami, dającymi efekt zaskakującej asocjacyjności) niepostrzeżenie przechodzą w monolog młodzieńca i osoby w pełni życiowo ukształtowanej, obdarzonej nie tylko zmysłem głębokiej obserwacji, ale też jakimś rodzajem autoironii. Spójrzmy choćby na wiersz 1988, odnoszący się przecież zatem, w wymiarze społecznym, do czasu nieznośnego marazmu – ale i do nieśmiałej, bardzo jeszcze wątłej nadziei na jakąś zmianę, która musi nadejść – bo już dłużej tak być nie może. A w wymiarze osobistym był czasem, gdy powstawał kolejny tom Czuku, Książę Albański. Podmiot tego liryku mówi więc o sobie i o świecie jednocześnie – bo czy te perspektywy da się rozłączyć?


rodzi się książę albański

którego piszę pół roku

kończę jakieś kursy


komputerowe ale

nic mi to nie daje

i mnie nie zajmuje


coś gdzieś ucieka czegoś

nie mogę złapać to chyba

ta emigracja wewnętrzna


O Facecie z szybą (Szczecin 2012)

 

„Demokracja wymaga ofiar” – to pierwszy wers przewrotnego i gorzkiego liryku Sokrates i cykuta, zamieszczonego w tomie Facet z szybą. Przywołane zdanie brzmi groźnie, zwłaszcza jeśli rozumieć je w porządku politycznym, a rozważania na temat mechanizmów funkcjonowania współczesnego świata (może nie politycznych, lecz społecznych) są w tej książce Czuku liczne, choć marginalne. Frazę „Demokracja wymaga ofiar” czytaną w porządku literackim – wyjątkowo znamienną i wieloznaczną – chciałbym uznać za motto tego zbioru poetyckiego. Ilustruje ona bowiem znakomicie to, co w tych wierszach można odnaleźć. 

W posłowiu do tomu szczeciński literaturoznawca i krytyk Piotr Michałowski (a za nim kolejni recenzenci), wskazał słusznie, że poezja Czuku jest wręcz utkana z przywołań, jawnych i ukrytych, parafraz, intertekstualnych gier. Autor Faceta z szybą ma świadomość, iż jest jednym ze spadkobierców cudzych głosów (wielu głosów, m.in. Szekspira, Miłosza, Rilkego, Brodskiego, Staffa, Tuwima…), musi więc, w poszukiwaniu swojego własnego, spierać się i zmagać z nimi, musi pamiętać, czcić – i odrzucać, by wyzwolić się (chyba raczej: nieustannie wyzwalać) spod dyktatu postmodernistycznej kultury cytatu. Po co? By wyłuskać swój głos z chóru poprzedników, aby podjąć próbę wyrażenia wprost, przedstawienia prostego doznania, zapisania emocji – bo to w tym tomie wyjątkowo istotne, zdecydowanie bardziej niż w poprzednim. 

O ile bowiem w Forever Czuku traktował wspomnienia jako budulec, o tyle w Facecie z szafą próbuje odnaleźć ich sens i wartość niejako „samych w sobie”. Czy to w ogóle możliwe? Oczywiście nie! I o tym jest ten tom. Powtórzę: „Demokracja wymaga ofiar” – i brzmi to jak groźne memento. Swoista demokracja (naszej kultury bez centrum, kultury zbudowanej na cytacie, żonglującej swobodnie wielością nawiązań) wymaga ofiar, zatem jedną z pierwszych jest „szczerość”, „bezpośredniość”, „prostota” lirycznej wypowiedzi. Zbiór Marka Czuku, chociaż tak pełen migawkowych ujęć codzienności, drobnych obserwacji, wspomnień (często lokowanych w łódzkich realiach) – jest opowieścią o utracie języka, o uwikłaniu w sztukę, w konwencję – albo w banał. Nie można się od ich wpływu wyzwolić, nawet gdy w naprawdę przejmujący sposób mówi się o śmierci kogoś bliskiego, jak w wierszu zupa z trupa:


oddali dwadzieścia złotych kapcie

zegarek i sztuczną szczękę mówisz

o niej jak o proszku do brania słodko

gorzkiej córce tęczy i wiatru tu się

tylko gościem jest wybaczam ci

że cię nie ma tam gdzie jesteś

potrzebny teraz zjem sobie zupę

z małpy w czerwonym szalone

gąbczaste krówki i wyszydzę

szydercę najpiękniejszy jest

herbert którego nie ma


Tom Facet z szybą to ważny manifest dojrzałego artysty, który wie, że nie można już „po prostu”, że nie da się „zwyczajnie”. Tak też skłonny byłbym odczytywać próby, niekiedy bardzo udane, wykreowania własnego języka do wyrażenia autentycznego, osobistego doświadczenia metafizycznego, doświadczenia wiary. Oto liryk Solilokwium, będący śladem poszukiwania Boga przez kogoś, kogo ukształtowała współczesna kultura i tzw. zdrowy rozsądek:


modlę się do ciebie

hipotezo

praw fizyki rynku

i moralnego we mnie

który jeszcze jestem

abyśmy zawsze byli


abyś zawsze była

taka za jaką cię biorą

na języki

całe pokolenia

niewiernych

tomaszów 


Ale obok takich udanych utworów są i dwa wieńczące tom wiersze poświęcone Janowi Pawłowi II (w 20-lecie pontyfikatu i w dniu Jego śmierci). Obecne w nich: patos, elementy stylizacyjne, inwersje, rys lekkiej archaizacji, oczywiste biblijne przywołania – nie pozwalają na bezpośrednie współodczuwanie z autorem-podmiotem mówiącym, lecz sytuują te wypowiedzi liryczne, no właśnie, jak to wyrazić: za szybą? Niby szacowne eksponaty. Są przejmującym świadectwem poetyckiej niemocy wyjścia (choćby tylko na chwilę) poza pewną konwencję, poza pewien automatyzm skojarzeń i językowych konstrukcji. Wpisują się w ważny dla tego tomu nurt refleksji. 

Najzagorzalsi zwolennicy głównego, barbarzyńskiego nurtu poezji (a kiedyż to było?) tworzonej przez rówieśników Marka Czuku z roczników 60. skłonni byliby zapewne umieszczać jego lirykę na odległych marginesach swojej wspólnoty, poza Parnasem i poza kanonem. Autor Faceta z szybą dowodzi, że nie jest ofiarą dominacji owej licznej grupy. Celnie, bo szczędząc zbędnych słów, a jednocześnie budując wyrazisty obraz, żartuje w notce poetyckiej zapisanej pod datą 1986, kiedy przywołuje wspomnienie pierwszej głośnej (i brzemiennej przecież w rozliczne poetyckie skutki) prezentacji tzw. szkoły nowojorskiej w polskim tłumaczeniu:


kupiłem niebieski numer

literatury na świecie

przeczytałem i odstawiłem


stan ten trwa do dziś


Nie trzeba poetyckich sojuszy czy stajni, żeby zmagać się ze współczesnym światem i z językiem, z (nie)możliwością wyrażenia w nim autentycznego doświadczenia. Można to robić osobno.


O Nietrwałej kompozycji (Ostrów Wlkp. 2013)


Nietrwała kompozycja składa się z kilkudziesięciu wierszy, które w zdecydowanej większości znane są z tomów wcześniejszych, począwszy od W naszym azylu (1989) po Faceta z szybą (2012). Wybór i układ nie jest autorski, dokonała go Małgorzata Juda-Mieloch. W podtytule czytamy: Wiersze metafizyczne i religijne. Ambitne i odważne jest to redaktorskie przedsięwzięcie, choć przecież nie bez precedensu. Sześć lat temu Wojciech Bonowicz wydał 77 wierszy religijnych Marcina Świetlickiego, poety, o którego dokonaniach nie zwykło się przecież myśleć w kategoriach metafizycznych, a tym bardziej religijnych. Książka (Nieoczywiste…) wywołała wówczas sporo kontrowersji, chociaż spotkała się z generalnie przychylnym odbiorem. Liryka Marka Czuku jest zdecydowanie inna od dzieła Świetlickiego. Wyraźnie odnajdziemy w niej, od początku, postawę poszukiwania – i kwestionowania, odnajdywania – i gubienia, niepewności – i pewności co do istnienia pozamaterialnego porządku rzeczywistości, czasem wprost: Boga. 

Można by więc pomyśleć, że praca redaktorki najnowszego tomu Czuku była stosunkowo łatwa. Polegała ona na wyłuskaniu z wcześniejszego dorobku poety stosownej liczby liryków i ułożeniu ich w jakąś spójną całość. Redaktorka zdecydowała się na wysnucie, poprzez zestawienie ze sobą wierszy powstałych w różnym czasie, wielowątkowej opowieści o współczesnym świecie. Ślad takiego zamysłu – zbudowania, najpierw, wizji samotności człowieka w świecie bez Boga, która, następnie, rodzi potrzebę odnalezienia przedwiecznego porządku, a w efekcie daje harmonię i pewność, co z kolei przekształca spojrzenie na rzeczywistość, umożliwiając dostrzeżenie w niej Bożego porządku – zapisany został przez Judę-Mieloch w słowie wstępnym. Zamysłowi temu służy też podział zbioru na trzy znaczące części: Pragnienie, Horror vacui i Zawsze jest światło

Jakkolwiek szanuję sam wysiłek takiego „opowiedzenia” o wizji świata zarysowanej w poezji Marka Czuku, to, jak sądzę, z góry skazany był na niepowodzenie. Każda bowiem „jednotematyczna” opowieść wysnuta z tomów Czuku może być tylko sztucznym i jednowymiarowym konceptem. Poezja Marka Czuku niesie bowiem w sobie w sposób nierozdzielny tematy najróżniejsze, osobiste i społeczne, fascynację językiem i przekonanie o jego ułomności w dziele artystycznego wyrażenia, głęboki introwertyzm i ekstatyczny zachwyt nad światem. I jak to oddzielić, wypreparować? Niby można, w tomie zaproponowano przecież taki właśnie preparat. Wbrew istocie tej poezji. W efekcie uzyskaliśmy coś w rodzaju homiletycznej przypowieści, paraboli z wyraźnie zarysowaną tezą. Do tego trzeba jednak było wcześniejsze zbiory wierszy Czuku dość okrutnie potraktować: niektóre utwory po prostu ukryć, udawać że nie istnieją, inne z kolei wprowadzić w taki kontekst, że znaczą coś innego niż znaczyły pierwotnie. I udawać, że wszystko jest w porządku, że pasuje wzajem do siebie, nawet jeśli to dopasowanie dość grubymi nićmi szyte i widać fastrygi. 

Wiersze zawarte w zbiorze, dziwnie ułożone obok siebie, buntują się i wierzgają, prowokują choć akurat nie powinny – i nieustannie zaskakują. I w tym widzę – paradoksalnie – duży walor Nietrwałej kompozycji. Utwory Czuku czytane w porządku niechronologicznym, w zderzeniu, pozwalają dostrzec, jak bardzo przez minione dziesięciolecia zmieniał się język poety, ewoluując od potrzeby rytmu, kalamburu, żonglerki abstrakcjami, zdobności – i czasem, powiem wprost:  nieznośnej puenty – ku obrazowości, bezpośredniości, oszczędności wyrazu. Oto dwa przykłady, oba zawarte w Nietrwałej kompozycji. Pierwszy wiersz pochodzi z tomu W naszym azylu (1989), drugi – z Faceta z szybą (2012):


Potem


potem

przyjdą z łańcuchami

śpiewając hymny

umarłemu domowi


potem

wpuścisz strzęp

żywego światła


potem

założą ci maskę

przeciwironiczną

jak zwykle śpiewając


potem

nie będziesz wiedział

jak światło

zrywa się

z łańcucha



Wiewiórka


Blokowisko. Samotna wierzba

obok białej budki z niebieskim

dachem, w której kupujemy warzywa


i słodycze. Zanosi się na deszcz.

I nagle nie wiadomo skąd wyskakuje

ruda wiewiórka, aby błyskawicznie


wspiąć się po pniu i zniknąć

nie wiadomo gdzie. Nieoczekiwana

porcja wdzięku.

Oba utwory dzieli epoka, język, konwencja. Ta poezja najwyraźniej dojrzewała – także do podejmowania tematów najpierwszych i najgłębszych: sensu świata i człowieka, obecności Boga. Tyle że uobecnia się to w tomie Nietrwała kompozycja jakby wbrew przypisanej mu ramie. 

A metafizyczność poezji Czuku? Wydaje mi się, że kluczem do jej zrozumienia jest wiersz sprzed kilkunastu lat, niejednoznaczny, trudny, w którym to, co najintymniej osobiste, wiąże się z tym, co społeczne, historyczne, poetyckie:


***

Objawia się

jak zapomniany ojciec,

przedawniony lęk

albo obalony car.


A może to statek pijany,

opowieść wariata,

czy męt i zamęt?


Nie znajduję z nim

wspólnego języka.

Wszystko już zostało

powiedziane.


Przecież to wiersz o niewyrażalności i niepochwytności (stąd po omacku wyszukiwane obrazy i skojarzenia, wyprowadzone z lektury Biblii, może z Freuda, może z Konradowego przekleństwa w Mickiewiczowskich Dziadach, z Rimbauda, może z Gogola?). 


Marka Czuku najgłębiej zajmuje doświadczenie współczesnego człowieka, który żyje tu i teraz, a jednocześnie – czy raczej: z tego powodu – jest stale pomiędzy, stale niedopełniony, stale zagubiony we własnym losie, w kulturze, w historii. Łódzki poeta konsekwentnie próbuje się z tym mierzyć. Jak? Co może? Szukać języka, budować obrazy. Kim jest Marek Czuku? Poetą jak moderniści wierzącym w siłę sztuki, w jej posłannictwo, w etyczny porządek i ponadmaterialny sens. Ale też czułym obserwatorem. A skoro tak – doświadcza swoją twórczością naszej wspólnej dysharmonii, naszego zagubienia. Poetycko, trafnie i zajmująco, potrafi ją opisać, poświadczyć ją, chce się jej przeciwstawiać.

Tomasz Cieślak


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio