Wyszukiwarka:

 


 



Nadal wierzę w kulturotwórczą rolę pisarza. Z Anną Bolecką rozmawia Adam Bienias (fragment)

 

Adam Bienias: W 2014 roku mija dwadzieścia lat od wydania pani powieści Biały kamień. W jednym z wywiadów powiedziała pani, że ta książka wzięła się z potrzeby wywoływania duchów. Wydaje mi się, że te duchy konsekwentnie wywołuje pani także w swoich następnych powieściach: w Białym kamieniu jest to postać pani pradziadka, w Kochanym Franzu pierwowzorem tytułowego bohatera jest Franz Kafka. Podobnie w przypadku ostatniej powieści – Cadyk i dziewczyna, w której, jak pisała pani w posłowiu, losy niektórych postaci inspirowane były opowieściami nieznanych bohaterów tamtych czasów. W tym kontekście moją uwagę zwraca też fakt opracowania przez panią dwutomowej edycji dramatów zebranych Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To „wywoływanie” dotyczy więc jakby trzech grup duchów. Po pierwsze, są to duch osób powiązanych z panią więzami krwi; po drugie – duchy znanych pisarzy Franza Kafki i „polskiej Safony”; wreszcie duchy wyobrażonych ludzi z czasów wojny. Dlaczego właśnie te osoby postanowiła pani powołać na nowo do istnienia? Czy to połączenie ze światem zmarłych pozwoliło pani na odkrycie nieznanych, poruszających, a może przerażających aspektów życia i śmierci tych bohaterów? I co pani dzięki temu „wywoływaniu” zyskała?

Anna Bolecka: To już dwadzieścia lat! Przyznam, że nie pomyślałam o tym. Biały kamień był rzeczywiście takim „wywoływaniem duchów”, ale one pojawiały się dzięki niemałym wysiłkom. To nie jest łatwy proces. Powiem nawet – niebezpieczny. Nigdy nie wiadomo, kto się pojawi i czego będzie od nas chciał. Myślę, że każdy powieściopisarz doświadcza czegoś takiego. To tak jakby postaci i zdarzenia istniały gdzieś, w innym wymiarze, a piszący swoją wrażliwością wydobywał je na powierzchnię i pozwalał im żyć w świecie powieści. 

Każda z moich dotychczasowych książek ma bohaterów, którzy istnieli naprawdę, a ich życie zaświadczone jest w listach, dziennikach czy pamiętnikach. W tym jestem konsekwentna. Niewiele lub prawie wcale nie korzystam z wydarzeń własnego życia. Tylko debiut Leć do nieba był do pewnego stopnia autobiograficzny. Biały kamień jest kreacją. Historie, które pięknie opowiadał mój ojciec, są tu bardzo przetworzone. Czasem jakieś słowo, np. „utleniona”, powiedziane o młodej żydowskiej dziewczynie, która rozjaśniała włosy, wywoływało ciąg skojarzeń; czasem obraz budował zdarzenie. 

Pyta Pan, co zyskałam, wywołując duchy nieżyjących już osób? Można jednak spytać: co zmarli zyskali dzięki temu, że stali się bohaterami powieści, którą przeczytało i, mam nadzieję, przeżyło trochę osób. Może dostali nowe, choć krótkotrwałe istnienie, mogli przeżywać swoje przerwane, być może niespełnione życie? To właśnie takie postacie pojawiają się w snach, nagłych obrazach, w wizjach niejednej osoby, która zostaje pisarzem. Jest w tym potrzeba kontynuacji. Proces pisania pomaga zrozumieć miniony czas, ale i nasze własne życie, które jest silnie zakorzenione w przeszłości. W Cadyku i dziewczynie spotkałam się z niezwykłymi osobami, przede wszystkim z Etty Hillesum, holenderską Żydówką, której myśli i postawa życiowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Obdarowałam nimi moją bohaterkę polską Żydówkę, Polę Rubin. Mam nadzieję, że powrócimy jeszcze w tej rozmowie do pytania o to, czego nauczyli mnie moi bohaterowie.

– Za moment wrócimy do Poli Rubin i pani ostatniej powieści, jednak na starcie chciałbym nawiązać do początków. Przed laty pracowała pani w wydawnictwie „Czytelnik”. Tam miała zapewne pani do czynienia z utworami wielu debiutantów. Czego nauczyła panią ta praca? Jakie były na przykład motywy pisania tych ludzi. Wreszcie, co, poza wywoływaniem duchów, sprawiło, że zdecydowała się pani pisać powieści?

Pracowałam w redakcji literatury współczesnej przez kilkanaście lat. To była dobra szkoła, przede wszystkim pokory. Przeczytałam bardzo wiele maszynopisów osób, które miały nadzieję zostać pisarzami. To było trudne, często przykre doświadczenie. Z kilkuset tekstów nadawały się do druku dwa, może trzy. Te proporcje są wstrząsające, ale myślę, że nadal prawdziwe, choć dziś chyba wymagania są mniejsze, a granice dobrej literatury bardzo się rozmyły. 

W tamtym czasie próbowałam pisać, ale nie myślałam o tym poważnie. Doświadczenia redakcyjne pouczały, że przekroczyć próg grafomanii jest bardzo trudno, wyjść poza przeciętność jeszcze trudniej, a debiut pisarski graniczy nieomal z cudem. Przyznam, że nigdy chyba z żadnym pisarzem nie rozmawiałam o jego motywacjach. To sprawa dość intymna. Nie każdy piszący zdaje sobie w pełni sprawę z prawdziwych motywów swojej twórczości, mało który chyba chce o tym mówić. Jednym z ważnych powodów, dla których chciałam pisać, była potrzeba ciągłości: znaleźć i zachować swoje miejsce w zmieniającym się świecie. 

Biały kamień to jedna z najważniejszych książek polskiej literatury współczesnej. Krytycy pisali, że to „krystaliczna i bezbłędna proza”, „zmysłowa realność opisu”. Pani określana była jako „poetka zmysłów”, „mistrzyni sensualnego opisu”, „kreatorka mitu codzienności”. Czy nie obawiała się pani tego, że zostanie zapamiętana jako autorka jednej książki? Po takim sukcesie autorowi bardzo trudno sprostać oczekiwaniom czytelników i krytyki. W historii polskiej literatury potwierdzają to przykłady Jerzego Kosińskiego i jego Malowanego ptaka oraz Panny Nikt Tomka Tryzny. Jestem ciekawy, czy pani uważa Biały kamień za swoją najważniejszą książkę, czy raczej za pewien moment zwrotny w karierze pisarskiej, bo przecież nie był to pani debiut...

Na pewno druga książka jest dla początkującego pisarza bardzo ważna. Pokazuje jego prawdziwe możliwości. Na fakt, że Biały kamień został zauważony, złożyło się kilka powodów. Jeden z nich jest dość banalny. Zaledwie dwadzieścia lat temu sytuacja na tzw. rynku wydawniczym była inna. Wydawano mniej, czytelnicy czekali na polską powieść, pisano recenzje, dyskutowano o literaturze. Biały kamień miał trochę szczęścia. Pisali o nim tacy krytycy, jak Tadeusz Nyczek czy popularna pisarka Małgorzata Musierowicz. Dziś o to trudniej. Książki, często wartościowe, mijają w ogóle niezauważone. Kryteria czytelnicze, moim zdaniem, się zmieniły. W tym sensie, że czytelnikom coraz trudniej ocenić, co jest dobre, a co złe. Media mącą w głowach, tworząc jakieś sztuczne, rozdmuchane wielkości... 

Wracając do mojej powieści, myślę, że ta proza, bardzo w gruncie rzeczy poetycka, poruszyła w czytelnikach pewien rodzaj wrażliwości. Do dziś spotykam osoby, które mają Biały kamień na półce przy łóżku i często sięgają po tę książkę. To jest coś, czego pisarz się nie spodziewa, a o czym chyba czasem marzy. Jednak za najważniejsze swoje powieści uważam Kochanego Franza i Uwiedzionych. Ta pierwsza jest powieścią w listach, z główną postacią wzorowaną na Franzu Kafce, a druga – jest próbą poznania mechanizmów ludzkiej destrukcyjności. Obie są raczej niedocenione.

– Większość pani powieści: Biały kamień, Cadyk i dziewczyna, a zwłaszcza Kochany Franz i Uwiedzeni, opisuje czas przełomu, początek XX wieku. W literaturze najnowszej można wymienić także inne przykłady podobnych powieści. To między innymi: Esther Stefana Chwina, E.E. Olgi Tokarczuk i Lód Jacka Dukaja. Krytycy zwracają niekiedy uwagę na powierzchowność nawiązań, nazywają ten nurt „modernizmem konsumenckim”, podkreślają jego „pocztówkowość”. Tymczasem te powieści bronią się same. Proszę powiedzieć, czego pani szuka w tamtej epoce – w modernizmie i fin de sièclu?

Krytycy lubią znajdować dla książek i autorów wygodne określenia. Zręczne słówko potrafi zasłonić skutecznie głębsze sensy utworu. Co do wymienionych tytułów nie całkiem się zgadzam z opiniami krytyków. Poza tym każdy z tych autorów szuka czego innego w minionej epoce. Mnie interesują źródła pewnych postaw, nieoczekiwane podobieństwa, no i oczywiście także nastrój, smak tamtej epoki. Ważny jest barwny szczegół, ale powinien być wiarygodny. Jeśli jednak celem byłoby tylko odtworzenie zewnętrzności, to chyba nie warto takiej „pocztówki” wysyłać w świat. Przełom wieku XIX i XX to był czas bardzo burzliwy. Świat tracił nie tylko swoją dawną formę, ale i sens. Ludzie czuli, że dzieje się coś nowego i nie wiadomo, czym to się skończy. Musieli zadawać sobie pytania o własne miejsce w tym zmieniającym się świecie. Podobnie jak my dzisiaj. Pod koniec XIX wieku zaczęły się na przykład pojawiać takie cuda, jak automobil, aeroplan, telegraf, telefon, zdjęcie rentgenowskie. Niektórzy byli zachwyceni nieograniczoną potęgą człowieka i pełni optymizmu. Inni przerażeni ludzką pychą. Drobny przykład. W pamiętnikach trafiłam na opinie, że wraz z rozwojem automobilizmu zniknie hałas na ulicach, czyli stukot końskich kopyt po bruku, będzie czysto, bo nie będzie końskiej mierzwy, zmniejszy się ilość wypadków... Tak, tak właśnie sobie to wyobrażano. Ale pewna mała dziewczynka, widząc zdjęcie rentgenowskie własnej dłoni, doznała szoku. Uświadomiła sobie, że człowiek jest śmiertelnym szkieletem. Czasem dziwi nas spokojny optymizm mieszkańców Europy końca XIX wieku, ale zadziwia też przenikliwość tych, którzy dostrzegali skutki rewolucyjnych zmian.

Wraz z początkiem XX wieku zaczęły się coraz bardziej zmieniać relacje między płciami. Nam się zdaje, że na przykład pozbycie się gorsetów było dla kobiet oczywistością, ale kobieta bez gorsetu postrzegana była, i tak też się czuła, jak istota upadła. O antykoncepcji nie odważano się myśleć. Podporządkowanie mężowi było oczywistością. Efekty walki o prawa kobiet obserwujemy do dziś. I chyba już zaczynamy widzieć, że są dobre, ale także niepokojące. 

Kiedy pisałam Uwiedzionych, powieść, której akcja dzieje się właśnie w pierwszej połowie dwudziestego wieku, często sięgałam do książek mówiących o dziewiętnastowiecznych pomysłach na uszczęśliwianie ludzkości, o degradacji idei Boga, o umacnianiu się materializmu. Zanim wybuchły dwie wielkie wojny, ludzie już znacznie wcześniej szykowali sobie te potworności. To mnie ciekawiło: źródła autodestrukcji, przyczyny zła. I jeszcze odwieczny temat: iluzje, ludzka skłonność do ulegania złudzeniom, marzycielstwo. Chciałam się dowiedzieć, jak owa nierzeczywistość zmienia się w koszmar rzeczywistości. Powieść, którą teraz zaczęłam pisać, będzie się koncentrowała bardziej na codziennym życiu „mieszkańców” fin de sièclu. A co z tego wyniknie, czego się nauczę od tamtych ludzi, jeszcze nie wiem. 

– Spotkałem się z określeniem, że pani proza posiada pewien „staroświecki urok”, który zachęca, by choć na moment zamieszkać w jakimś „wczoraj”. Literatura wydaje się być dla pani wędrówką po epokach wcześniejszych. Ciekawi mnie, na ile pomogło pani w pisarstwie wykształcenie? Z jednej strony wydaje się bowiem, że historyk literatury dzięki swojej wiedzy jest w stanie łatwiej odtworzyć realia danej epoki. Z drugiej zaś znajomość tylu książek i pisarzy może narzucać znane i powielane schematy. Czy zastanawiała się pani kiedyś nad tym, czy wykształcenie ma wpływ na twórczość pisarza i co w pani prozę wniosły studia polonistyczne?

Ten „staroświecki urok” podoba mi się. Chcę być trochę staroświecka. Na pewno nie gonię za literackimi modami, nie naśladuję współczesnej mowy codzienności. Literatura nigdy nie będzie naśladowała życia i chwała jej za to. Wyobraźmy sobie dialog bohaterów żywcem spisany z pierwszej lepszej rozmowy. Tego by się na pewno nie dało czytać. Literatura jest nie tyle wędrówką po jakichś konkretnych przestrzeniach, co raczej ruchem wyobraźni. A wyobraźnia ma coś wspólnego z... aktorstwem. Nigdy bym siebie nie podejrzewała o talenty aktorskie, ale przecież pisząc powieść, wcielam się w przeróżne postacie. Jestem i nie jestem sobą. No i, co dziś nie takie oczywiste, w literaturze ważne jest słowo, jego precyzja i uroda. Tak jak w dobrym aktorstwie. 

Pyta pan o styl pisarski. O wpływ wykształcenia. Nie wiem, czy tu się da powiedzieć coś konkretnego. Czy pisarz w stylu Hemingwaya, Marka Hłaski czy Andrzeja Stasiuka na przykład, tworzy jędrną, mocną, męską prozę, bo był myśliwym, kierowcą ciężarówki czy drwalem w Bieszczadach? Czy subtelne poetki dwudziestowieczne, choćby Pawlikowska-Jasnorzewska, zawdzięczały swój styl temu, że nie miały uniwersyteckiego wykształcenia? Podaję przykłady nieco dziwne może, ale pytanie mnie zaskoczyło. A moje studia polonistyczne nie tyle wpłynęły na moje pisanie, co były raczej czymś wtórnym wobec potrzeby pisania. Marzyło mi się pisanie, więc wybrałam studia, które polegały na czytaniu i analizowaniu tekstów. 

– Czy potrafiłaby pani wskazać najważniejsze książki i ważnych dla siebie autorów. Coś i kogoś, co panią w jakimś stopniu ukształtowało – zarówno jako człowieka, ale i pisarkę. Może są takie, które miały bezpośredni wpływ na pani pisarstwo?

Och, trudne pytanie. Było wielu pisarzy, których książki zrobiły na mnie wrażenie. To się zmieniało przez lata. Bożyszcza odchodziły po spełnieniu swojego zadania. Książki czytane po raz drugi bywały czymś zupełnie innym niż za pierwszym razem. Co innego widziałam w nich jako szesnastolatka, co innego jako trzydziestolatka, a zupełnie co innego jako osoba całkiem już dojrzała. Na pewno jestem wierna prozie Jarosława Iwaszkiewicza. Wciąż do niej wracam. Także Dzienniki i powieści Zofii Nałkowskiej. Ważnym przeżyciem był Człowiek bez właściwości Musila. Co mnie ukształtowało jako pisarkę? Macierzyństwo. Moje dzieci. Życie w rodzinie.

– W rozmowie przeprowadzonej we „Frazie” („Tworząc bohatera mężczyznę, szukam swojej męskiej strony”, „Fraza” 1999, nr 23) tematem były głównie Biały kamień i Kochany Franz. Chciałbym zatem nawiązać do pani dwóch ostatnich powieści. Cadyk i dziewczyna to książka ukazująca tragiczne losy społeczności żydowskiej w Warszawie pod hitlerowską okupacją. Przedstawieni w niej bohaterowie pochodzą z różnych środowisk i kultur. Innymi słowy to kolejna powieść z czasów okupacji. Podczas lektury zrodziło się we mnie pytanie: co jeszcze można wnieść do zamkniętej historii? Wciąż jednak powstają nowe książki i filmy, które są związane z tą problematyką. Jeszcze z liceum pamiętam głośną powieść Andrzeja Szczypiorskiego Początek, w której autor starał się uczciwie przedstawić stosunek Polaków do Żydów podczas okupacji. Holokaust to nieomal cała twórczość Hanny Krall. Sporo kontrowersji wzbudził niedawno film Władysława Pasikowskiego Pokłosie ze znakomitą kreacją Macieja Stuhra. Czy nie obawiała się pani, że jest to temat nieco wyczerpany? Co jeszcze jest w jego sprawie do opowiedzenia?

Przede wszystkim nie ja wybieram temat, ale temat mnie. Pojawia się w sposób tajemniczy. Zwykle nie potrafię wskazać tego pierwszego momentu, kiedy pomyślałam: tak, o tym będzie moja następna powieść. W przypadku Cadyka i dziewczyny było nietypowo. To wydawca zaproponował temat powieści: ucieczka grupy chasydów z okupowanej Warszawy pod opieką oficera Abwehry. Fakt historyczny, choć mało znany. Propozycja była kusząca, ale ja nie jestem autorką powieści sensacyjnych, więc to zdarzenie musiało być wkomponowane w jakąś fabułę bliższą moim możliwościom twórczym. Wydawca zostawił mi całkowitą swobodę. I wtedy „przyszła” do mnie moja bohaterka. O niej opowiem później. Moi bohaterowie poprowadzili mnie w swój świat, nie całkiem przecież wymyślony, złożony z wielu różnych elementów, z wielu prawdziwych biografii.

Pyta pan, co można wnieść do zamkniętej już historii, co jeszcze można powiedzieć o czasach okupacji? W tle kryje się chyba też pytanie, co jeszcze można powiedzieć o Holokauście i czy wolno o nim tworzyć fabuły?

Nasz stosunek do przeszłości się zmienia. Najpierw o niej milczano lub ją zakłamywano. Uczestnicy zdarzeń znali tylko fragment rzeczywistości, w której żyli. My, dziś, w pewnym sensie wiemy więcej. Myślę, że teraz właśnie nadszedł czas dla literatury, która może dać swoje własne świadectwo. Zresztą nawet relacje żyjących jeszcze świadków pojawiły się dopiero w kilkadziesiąt lat po wojnie. Tyle czasu musiało minąć, żeby ludzie poczuli, że chcą i mogą mówić o swoich bolesnych doświadczeniach.

Holokaust był Wydarzeniem wyjątkowym. Nie da się go z niczym porównać. Do dziś, a pewnie długo jeszcze, to Wydarzenie kształtuje świadomość ludzi, którzy mogą nawet świadomie w ogóle o nim nie myśleć. A szczególnie w naszej części Europy, i jeszcze bardziej tu, w Warszawie. 

Od pierwszej mojej powieści krążyłam wokół tematów żydowskich, ale aż do czasu Cadyka i dziewczyny nie odważyłam się dotknąć literacko tematu Zagłady. Nie zgadzam się, że o tym mogą mówić i pisać tylko ofiary. Natomiast ma sens pytanie, jak o tym pisać. Ja wybrałam opis radykalnego dobra w czasie, gdy panowało radykalne zło

[...]


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio