Wyszukiwarka:

 


 



Anna Bolecka

 

Lekarz doskonały

 

Fragment 1
Akcja dzieje się w roku 1898

 

Z perspektywy wielu lat, które minęły od chwili ślubu, patrzyła teraz na swoje życie zupełnie inaczej niż wtedy, gdy z blaskiem w oczach gładziła ślubną suknię, wpinała kwiaty we włosy i sto razy przeglądała się w lustrze, a obraz, jaki widziała, wprawiał ją w zachwyt. O przyszłości nie myślała, a jeśli nawet miała o niej jakieś wyobrażenie, to było ono jak tęczowa bańka unosząca się w powietrzu. Życie miało być usłane różami, niczym w romansach, które potajemnie przemycała pod fartuszkiem i czytała z wypiekami na twarzy. Długo wierzyła, że tak właśnie będzie. A kiedy działo się źle, zamykała oczy i zło znikało, a raczej to tylko ona go nie widziała. Życie usłane różami za cenę iluzji, myślała teraz, nie jest warte swojej ceny. Nie jest prawdziwe, nie jest rzeczywiste, powtarzała w myślach i dziwiła się, że nie zauważyła tego wcześniej.

Mężczyzna, którego poślubiła przed kilkunastu laty, choć młody, był w chwili ślubu dwukrotnie od niej starszy. Długo nie umiała się wyzbyć wrażenia, że Hipolit jest bardziej szacownym wujkiem niż mężem. Dygała przed nim, zwracała się do niego w trzeciej osobie i z lada powodu oblewała rumieńcem. Śmiał się, uważał to za czarujące, w końcu jednak znudziło go ciągłe przypominanie, kim dla niej jest. Powoli przywykła, nawet zaczęła zdrabniać jego imię. Hipo okazał się człowiekiem dowcipnym, potrafił ją rozśmieszać i często razem urządzali jakieś całkiem dziecinne figle. Lubił zaskakiwać ją niezwykłymi prezentami. Nie zastanawiała się, skąd brał pieniądze na luksusowe drobiazgi, wycieczki statkiem, balowe toalety i niepraktyczne przedmioty. Gospodarstwem się nie zajmował, pozostawiając je Kasi. Kiedy jednak kucharka dopominała się o pieniądze na konieczne wiktuały, Kasia stawała bezradna. Małżonek nie chciał słuchać o rachunkach u rzeźnika, mleczarza, piekarza. 

Jego nieżyjący już ojciec był zapobiegliwy. Syn jednak nie odziedziczył po ojcu tej cechy. Marzyło mu się swobodne życie na wsi, polowania, męskie towarzystwo, wypady do miasta po luksusowe zakupy. Najskromniejsza okazja była pretekstem do obdzielania bliskich i dalszych znajomych wymyślnymi prezentami. Uwielbiał przyjęcia i nie szczędził na nie czasu i pieniędzy. Namiętnie grał w karty. Szlachecka fantazja podsuwała mu niezwykłe pomysły na życie. Obca mu była oszczędność, ta cnota z musu, jak ją nazywał. Kasi podobała się jego bezpośredniość. Polubiła fantazję i wdzięk. Już wkrótce zorientowała się jednak, że szczodrość nie szła w parze z ostrożnością, znajomość poezji była powierzchowna, a wesołość często zmieniała się w smutek, kiedy jej mąż nie mógł zrealizować jakiegoś nowego szalonego planu. Jego bujna natura i temperament niosły go na pola, łąki, do lasu. Musiał tkwić dzień w dzień za biurkiem. Na prezenty brakowało wkrótce pieniędzy. W karty przegrywał. Życiową lekkość i niefrasobliwość rekompensowała solidność przedmiotów, jakimi się otaczał. Eleganckie meble wykonane tak starannie, że mogły służyć kolejnym pokoleniom, zapełniały pokoje rozległego mieszczańskiego mieszkania. Książki oprawiał artystycznie u najlepszych introligatorów, lecz rzadko którąś z nich czytał. Kupując piękny przedmiot, znał jego wartość, cechy stylu, historię. 

Często nie było go w domu i Kasia nudziła się, czekając cały dzień na męża. Zajęcia poza domem Hipolit tłumaczył koniecznością wyrobienia stosunków i pozycji w świecie. Należało mieć miejsca w pierwszych rzędach teatru, choć Katarzyna rzadko mogła z nich korzystać, zajęta dziećmi. Jeździło się dorożką, a nawet karetą, kiedy to było według Hipolita konieczne. Towarzysze młodości, co zamożniejsi ziemianie, chętnie zapraszali go na polowania, których Kasia nie cierpiała. Nikt zresztą nie proponował jej udziału w tych męskich rozrywkach. Z tego, prawdę mówiąc, się cieszyła. Jednego natomiast nie mogła mu darować. Gdy tylko miało się narodzić dziecko, Hipolit znikał z domu. 

Tak zwane kobiece sprawy były dla młodej mężatki źródłem pewnego wstydu i niepokoju. Nie mogła nie zauważyć związku między tajemnicą małżeńskich nocy a poczęciem, jednak błogosławiony stan wydawał jej się darem niebios, nie zaś skutkiem fizjologii. Czasem przypominała sobie swoją noc poślubną. Nie znała wówczas mężczyzn innych niż ojciec i dalsi krewni, dostojni panowie, z wąsami i brodami, które były dla niej głównymi atrybutami męskości. Tymczasem jej świeżo poślubiony mąż, prócz wąsów, miał jeszcze niecierpliwe ręce, tułów pokryty jasnym włosem, gorącą skórę i coś, czego przez wszystkie późniejsze lata małżeństwa nie śmiała oglądać. Aktu erotycznego nie postrzegała jako wyrazu miłości. Miłość była według niej daleka od wszystkiego, co wstydliwe, przyziemne czy zbyt cielesne. Uszczęśliwiały ją miłosne wyznania, delikatne dotknięcia, pocałunki, aura męskości. 

Z czasem polubiła zwyczaje męża. Kiedy jej pragnął, dostawała pąsowe róże. Gdy go zadowoliła, przynosił jedną perłę, aż uzbierał się cały naszyjnik. O jej pragnienia nie pytał jednak. Nie lubił domowego niepokoju, spraw gospodarskich i czasu, kiedy szykował się poród. Nie tolerował wizyt lekarza, krzątaniny, krzyków, bólu, a potem woni mleka, pisków oseska i całej tej atmosfery „krowiego ciepła”, jak ją nazywał. Już zawczasu dostawał zaproszenie na polowanie, po czym wyprowadzał się do chwili, gdy opadały pierwsze emocje. Małe dzieci, a początkowo były to córki, uwielbiał. Zwłaszcza kiedy mógł je obsypywać prezentami i przeglądać się w ich naiwnych oczach.

Taki był mąż Kasi, Hipolit. Kochała go, bo tak należało. W rzeczywistości wcale go nie znała. Nie znała też siebie. Czas młodości był czasem ciała, młodego, zdrowego i pięknego. Ale nie dla niej. Jako dziewczyna nie przyglądała się sobie nagiej. Zawsze w bieliźnie lub w nocnej koszuli szczelnie ukrywającej wstydliwe zakamarki. Kiedy się myła, obnażała tylko tę część ciała, która właśnie była poddawana wodnym zabiegom. Używała miękkiej rękawicy, tak jak niegdyś zaleciła jej matka w jedynej rozmowie o kobiecej intymności. Czasem ukradkiem przyglądała się swoim piersiom i udom, kiedy raz w tygodniu jeździła ze służącą do łaźni. W zacisznej kabinie, gdzie była sama i wreszcie całkiem naga, ulegała pokusie. Gołą ręką dotykała skóry, gładkiej i połyskliwej, białej i jędrnej. 

W łaźni dopuszczano przy kąpieli pomoc łaziebnych, kobiet, dla których wstydliwość nagich pań stanowiła źródło ledwie skrywanej wesołości. Kasia długo pamiętała pewną dziewczynę w podkasanej spódnicy, o mocnych czerwonych łydkach i wielkich stopach w rozdeptanych pantoflach. Bez pukania weszła do kabiny, gdzie Kasia niezdarnie próbowała poradzić sobie z długą koszulą, gąbką i mydłem. Bez ceregieli ściągnęła z niej lepiącą się do skóry koszulę i szczotką zaczęła ją nacierać od stóp do głów, nie żałując mydła. Po chwili Kasia przestała odpychać rękę, która bezceremonialnie sięgała w zakazane miejsca. „Niech pani sama umyje płeć”, usłyszała szept dziewczyny. Oszołomiona, bez słowa wykonała polecenie. Czuła, jak jej skóra pod wpływem ruchu pulsuje, jak napływa do niej rozkoszne ciepło, i ogarnęła ją dziwna beztroska. Łaziebna uniosła wielką konew z gorącą wodą, zmywając z Kasi pieniące się mydło, a wraz z nim wstyd i troski. Po chwili strumień zimnej wody wywołał w niej najpierw wstrząs, a potem atak niepowstrzymanego śmiechu. Śmiały się obie, aż zaniepokojona służąca wyjrzała z dalszej kabiny, ale nawet jej karcący wzrok nie wzbudził wtedy w Kasi żadnych wyrzutów sumienia. To wówczas po raz pierwszy poczuła swoje młode ładne ciało jako źródło przyjemności i radości. 

Jako młoda mężatka nie mogła uniknąć cielesności. Wiedziała przynajmniej tyle, że będzie rodzić dzieci, a to wiązało się nieodwołalnie z ciałem. Intymność z mężem długo wydawała jej się czymś, co bywa męczące, ale co trzeba po prostu znieść. Potwierdzały to zaprzyjaźnione panie i Katarzyna stwierdziła, że obowiązków małżeńskich nie da się uniknąć, choć wcale nie są przyjemne. Adoracja, pocałunki, delikatne pieszczoty mieściły się w sferze miłości, jaką przedstawiały romanse przeznaczone dla mężatek, ale ta część bardziej dosadna, prawie brutalna, nigdy nie była opisywana. Hipolit próbował rozmawiać z żoną, jednak ona łagodnie, acz stanowczo wykręcała się od takich rozmów. Zorientowała się, że w tych sprawach jej mąż jest doświadczony. Jak jednak doszedł do wiedzy o kobiecym ciele, nie dociekała. Taka wiedza mieściła się zresztą w obrazie mężczyzny, istoty tajemniczej, lecz górującej nad kobietą, kierującej jej życiem, kogoś, kto wie więcej niż ona, komu należy się szacunek i posłuszeństwo. Kiedy więc Hipolit, nie mogąc prośbą osiągnąć tego, czego pragnął, zażądał wreszcie, aby żona się obnażyła, usłuchała. Dopiero w jego oczach zobaczyła urodę własnego ciała. Tamtej nocy, gdy światło jedynej świeczki, na jaką się zgodziła, oświetlało ciepłymi blaskami małżeńskie łoże, Katarzyna po raz pierwszy poczuła przyjemność, jaką daje czuły dotyk, gorące pocałunki i to, przed czym dotąd zawsze się wzdragała. 

Taka była jej młodość, która minęła niepostrzeżenie. Dziewczyna o smukłej talii tańcząca na lodzie, szczęśliwa narzeczona, zawstydzona mężatka, wreszcie spełniona matka. Była jeszcze tak niedawno każdą z nich. Teraz jesień miotała gałęziami, strącając ostatnie kasztany, które głośno uderzały o płyty chodnika. Chmury przesuwały się po niebie, dziwnie skłębione, sine z zimna. Wzdrygnęła się i przyśpieszyła kroku. 


Fragment 2

Akcja rozgrywa się tuż po pierwszej wojnie światowej


Kobieta sprawiała wrażenie oszołomionej. Coś zaprzątało jej uwagę i najwyraźniej nie pozwalało się skoncentrować.

– Co panią do mnie sprowadza? – spytał.

Patrzyła na jego usta i pomyślał, że nie słyszy, więc powiedział głośniej:

– Czy coś pani dolega?

– To w mojej głowie. Prawie pana nie słyszę. Nie słyszę nawet siebie samej. 

– Czy tak nagle przestała pani słyszeć?

– Nie – powiedziała po dłuższej chwili, podczas której na jej twarzy malował się wysiłek – tak nagle zaczęłam słyszeć.

– Więc proszę mi opowiedzieć wszystko od początku.

Przyglądał się pacjentce. Była to stara już pani z pięknymi, ale całkiem siwymi włosami. Jej twarz dziwnie kontrastowała z przygarbioną sylwetką i wyraźnie zwiotczałą, pełną plam skórą dłoni. Ta kobieta była po prostu stara, lecz jej twarz zastygła w wyrazie dziewczęcego zdziwienia, tak jakby doświadczenie całego długiego życia, tak widoczne w postawie, nie dotknęło jej. Zaintrygowany, czekał na jej opowieść. 

– Teraz trochę lepiej. Mogę mówić, nawet mogę pana słyszeć, doktorze. Aha, mam przecież opowiedzieć, jak to się zaczęło? 

Kiwnął głową i uśmiechnął się zachęcająco. 

– Trzy tygodnie temu miałam sen. To dość dziwne, bo śnię bardzo rzadko i zwykle nic nie pamiętam. Śniło mi się, że coś lub ktoś mnie kołysze. Kobiecy głos śpiewał piosenkę. Nigdy przedtem jej nie słyszałam. Któż to może być, pomyślałam, oczywiście we śnie, i obudziłam się. Otworzyłam oczy, zobaczyłam mój własny pokój, był słoneczny poranek. Wiem, bo światło przenikało przez zasłony. Wszystko było jak zwykle, jak co dzień. Tylko dziwne było to, że kobiecy głos nadal śpiewał tę piosenkę. Tę, którą już znałam ze snu. Ktoś śpiewał, ale kto? Przeszłam do kuchni, gdzie kręciła się służąca. Mówiła coś do mnie, a ja wciąż słyszałam tę piosenkę. Kazałam pozamykać okna, ale głos wzmógł się jeszcze. Teraz dołączyły do niego inne głosy i słyszałam czyjąś rozmowę. Rozmawiali mężczyzna z kobietą. Ton ich głosów był spokojny i życzliwy. Bardzo chciałam usłyszeć, o czym mówią, ale nie mogłam rozróżnić słów. To było bardzo męczące. Potem głosy umilkły, ale pojawiła się muzyka grana na instrumencie, którego nie potrafię określić. Piękna muzyka, tajemnicza, ale ile można słuchać? Trzeba jeszcze rozmawiać, posiedzieć w ciszy, odpocząć, wreszcie spać. Z wielkim trudem zasypiam. Wieczorami muzyka i głosy wzmagają się. Atakują mnie myśli o moim życiu. Czy przeżyłam je właściwie? 

– Niech mi pani opowie coś o sobie – poprosił.

– Mam siedemdziesiąt osiem lat. Długo żyję, prawda? A jednak nigdy nie poznałam mojej matki, ojca także nie. A właściwie nie pamiętam ich. Umarli, kiedy miałam cztery lata. Potem wychowali mnie obcy ludzie, którzy o moich rodzicach niewiele wiedzieli. Nie mam zdjęć, nie mam wspomnień. To tak jakbym nie miała dzieciństwa. Jestem jak kwiat, który się nie rozwinął, bo jego korzenie zostały odcięte. Jakoś żyłam, ale zawsze czułam, że nieprawdziwie. 

– Czegoś pani zawsze brakowało.

– Tak. Jeśli dziecko nie pamięta swojego dzieciństwa, to zawsze są jacyś dorośli, którzy mu przypomną coś, cokolwiek. A ja nic, nic nie wiem. Tamtego dnia prócz muzyki zaczęły się pojawiać jakieś sceny, raczej strzępy scen. Zdaje mi się, że to nie były majaki, że byłam przytomna, ale widziałam coś, czego nie ma. 

– Czy powiedziała pani komuś o tym? 

– Nie, obawiałam się, że pomyślą o mnie: wariatka. Ale ja nie zwariowałam, czuję, że to są właśnie moje wspomnienia.

– Wszyscy jesteśmy wygnańcami z naszej własnej przeszłości – przerwał jej.

– Otóż to. Dlatego powinniśmy ją odzyskiwać. Fale wspomnień dosłownie zaczęły mnie zalewać. W moich wizjach widziałam miłą kobietę; pochylała się nade mną, musiałam podnosić twarz, żeby na nią spojrzeć. Mówiła do mnie pieszczotliwie, nazywała mnie swoją perełką, wtulałam się w jej suknię, która pachniała czymś dobrze mi znanym, słodkim, a zarazem głębokim; ten zapach można smakować jak coś, na co się czeka, i co się zawsze dostaje, jeśli było się grzecznym. Doktorze, może to śmieszne, ale w tych wizjach jestem małą dziewczynką, kochaną przez matkę, a przecież ja jej zupełnie nie pamiętam. Jak to możliwe?

Zastanawiał się nad tym już od dobrych paru minut. Pacjentka była przy zdrowych zmysłach, mówiła składnie, nie było powodów, żeby jej nie wierzyć. Przypuszczał, że przyczyną tego stanu jest jednak jakieś uszkodzenie, jakiś brak organiczny. Brak, deficyt, tak zwykło się mówić o chorobie, ale tu to nie był brak, lecz nadmiar, „wspomnienia dosłownie mnie zalewają”, to wszystko było w niej, w jej głowie, czekało przez całe życie, żeby się właśnie teraz objawić. Dlaczego właśnie teraz? 

– Czy mogłaby pani zanucić mi to, co pani słyszy? Tę piosenkę matki?

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Zauważył to. Wiedział, że nic tak nie drażni pacjentów, jak fakt, że nie chce się wierzyć w to, co mówią.

– Spróbuję, tylko poczekam, aż ucichnie to, co teraz słyszę. – Po chwili zaczęła nucić, najpierw słabo i nieśmiało, potem śpiewała coraz głośniej, i popłynęła staroświecka pieśń, zapomniana przez wszystkich tylko nie przez tę starą kobietę bez pamięci o dzieciństwie. „Czas do domu, czas. Już wołają nas. Dzwonek z wieży do pacierzy, matka z progu do wieczerzy”. Jej głos brzmiał zadziwiająco świeżo i melodyjnie, to nie był głos blisko osiemdziesięcioletniej kobiety, ale czuły głos młodej matki usypiającej dziecko. Piosenka zaczęła się rwać, zająkiwać, wreszcie ucichła. Twarz pacjentki znów przybrała wyraz zagubienia, niepokój zmarszczył jej czoło i zobaczył, że kobieta cierpi.

– Teraz chcę panią zbadać – powiedział.

Zaczął od zwykłych czynności. Jednocześnie myślał o tym, czego przed chwilą był świadkiem. Kobieta nuciła to, co słyszała w swojej głowie. Rytm i melodia pozwalały jej przypomnieć sobie rzeczy pozornie całkiem stracone. Stracone, powtórzył bezwiednie. Pacjentka patrzyła na jego usta, jakby chciała odczytać z nich diagnozę. Odzyskała wspomnienia, pomyślał. Jakże ubogie, pozbawione gruntu jest życie bez wspomnień. Jej życie musiało być puste, choć może nawet o tym nie wiedziała. Odzyskiwanie tego, co utracone, może sprawiać radość, może zakorzeniać nas w świecie. Czy dlatego oczy tej starej kobiety świecą żywym blaskiem? Jest chora, mógł to być udar płatów skroniowych. Naruszone zostały położone głęboko ośrodki emocjonalne. A jednak, i właśnie teraz to sobie uświadomił, choroba jest nie tylko brakiem zdrowia lub czymś, co nam to zdrowie zabiera, ale czymś, co scala. Przywraca sens życia.

Jednak musiał pacjentce powiedzieć o swoich obawach i podejrzeniach, zalecić stosowne leczenie. Patrzyła na niego uważnie, próbując dobrze zrozumieć, co mówi. Wreszcie odezwała się.

– Jestem chora. Tak też myślałam, ale przecież żeby wyzdrowieć, trzeba najpierw zachorować, prawda? Moje odzyskane wspomnienia uszczęśliwiają mnie. Teraz wiem, że i ja miałam matkę, że miałam dzieciństwo. Ta wieczna pustka w mojej głowie i w sercu wypełniła się nową, dla mnie nową, treścią. – Zamilkła.

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, trochę tak, jakby się mocowali. On – lekarz, który ma leczyć, ona – chora, która winna poddać się leczeniu. 

– Ta choroba mnie uzdrowiła – powiedziała wreszcie.

Anna Bolecka


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio