Wyszukiwarka:

 


 



Wasyl Machno


Na odejście Janusza Szubera


O odejściu Januszu Szubera dowiedziałem się z wpisu na Facebooku, a potem posypały się e-maile z Polski. Za moimi oknami wisiała listopadowa mżawka. Nie wiem, czy w Sanoku padał deszcz. Mógł padać, to przecież listopad. Na chybił trafił wyciągnąłem z półki jeden ze zbiorów Janusza i zacząłem czytać na głos. Potem otworzyłem na You Tube Spiegel im Spiegel Arvo Pärta. W tej minorowej stylistyce Pärtowej muzyki, utkanej z uważnego wsłuchiwania się w siebie wiolonczeli i fortepianu, dźwięczała ta dominująca nuta smutku ze świadomością nieustannego przepływania życia – wszystko to wzmacniało we mnie stłumione uczucia. W takich chwilach napływają fragmentaryczne wspomnienia, głos, intonacja – coś, co zaczyna żyć już wyłącznie w czasie przeszłym.

Nie wiadomo, jakim poetą byłby Janusz Szuber, gdyby jego pradziadek nie trafił do Sanoka za zuchwałą piosenkę o jaśnie wielmożnym Cesarzu. Piosenkę o obraźliwej treści pijany pradziadek wyśpiewał na całe gardło we lwowskim tramwaju. Ta rodzinna historia wpadła mi kiedyś do ucha, zdaje się, że sam Janusz ją opowiedział. Prowincjonalny Sanok, otoczony karawanami Gór Słonnych, i do 1946 otoczony przeważnie łemkowskimi wsiami z drewnianymi cerkwiami i chatami, był miastem, w którym splatały się historyczne i etniczne węzły nieprostej historii Galicji i Lodomerii, granice imperiów, języków i religii. W rodowodzie Szubera też zmieściła się ta pograniczna Europa – Niemcy, Polacy, Ukraińcy, Ormianie i Chorwaci, którzy migrowali z miejsca na miejsce, czym utrudniali sobie i tak niełatwe życie. Zresztą urodziwszy się w 1947 roku Szuber już miał za sobą rodzinny przykład współistnienia języków i religii, a także swoisty intelektualny bagaż w osobie dziadka Stefana Lewickiego, filologa klasycznego, gimnazjalnego profesora w Krynicy Zdroju i wujka Stefana Jarosza – geografa, podróżnika i badacza Alaski, którzy istotnie wpłynęli na zainteresowania chłopca.

W wielkim rodzie Szuberów i Lewickich w ciągu stuleci byli kasztelanowie, sędziowie, rajcowie, wojskowi i lekarze. Lewiccy, linia matki, legitymizowali się szlacheckim herbem Rogal, a Zachariasiewicze, z którymi się spokrewnili, herbem Abgara o ormiańskiej proweniencji. Jego ojciec, Zbigniew Szuber, porucznik w stanie spoczynku, po wojnie pracował jako pilot instruktor w Aeroklubie Podkarpackim. Na początku drugiej wojny światowej został aresztowany przez Sowietów i przewieziony do Buczacza i Husiatynia, a stamtąd pociągiem aż do Smoleńska. Wraz z dwoma towarzyszami udało mu się uciec i wrócić do domu. Dalej też było wiele przygód: pracował jako robotnik drogowy w czasie okupacji niemieckiej, ukrywał się, wreszcie trafił do pułku bombowców Wojska Polskiego.

Czemu zagłębiam się w rodowód Janusza, przecież poetów w nim nie było? Nie wiem, ale wydaje mi się, że bez tych rodzinnych nitek trudniej jest zrozumieć pewne wiersze, zwłaszcza te o Sanoku, rodzinie, historycznych nawarstwieniach, które czuł szczególnie, na dotyk ręki. W sanockim mieszkaniu przy Rynku 14/1 wisiały oprawione obrazy Nikifora, kupione czy to przez Januszowego dziadka, czy przez wujka od samego Nikifora. Zawsze mnie zdumiewał ten łańcuch czasów, które należą do rodzinnych wspomnień, wtedy to czemuś osobliwie zbliża, zdawałoby się oddaloną historycznie postać. W naszych rozmowach z Januszem często przekazywaliśmy sobie dwa historyczne ukraińskie klucze, którymi to otwieraliśmy, to zamykaliśmy bramy ukraińsko-polskich stosunków. Pierwszy to Nikifor, drugi to Antonycz.


Janusz Szuber na konferencji "Poeta czułej pamięci. O twórczości Janusza Szubera", Biblioteka UR, 28.05.2008 r. Fot. Archiwum


Dla Szubera Nikifor był właścicielem rysunków, który siedział na murku krynickiego pensjonatu. Którego znali wszyscy i nawet mały Janusz widział go odwiedzając Krynicę. W czasie jednego ze swych przyjazdów do Sanoka dostałem w podarunku dwa unikalne zdjęcia Nikifora, zrobione przez krewnego Janusza w ostatnim roku życia malarza. Nikifor jak zwykle w tradycyjnym kapeluszu i w okularach, ale pulchny i zażywny. Zupełnie niepodobny do tego z powielanych portretów. Antonycz, który uczył się w sanockim Gimnazjum im. Królowej Zofii i był jego absolwentem, tak jakby prowadził za rękę swego młodszego kolegę – Janusza Szubera – po korytarzach i klasach, ulicach i zaułkach, w końcu po poezji, nie zważając na pokoleniową, etniczną i językową różnicę. Pomiędzy poetami, proszę państwa, coś takiego się zdarza. Któregoś razu podczas mego pobytu w Sanoku, przed zaplanowanym wyjazdem w góry do Leska, podjechaliśmy jeszcze pod budynek gimnazjum. Janusz pokazał mi marmurową tablicę, wmurowaną na cześć Antonycza. Sanocki poeta, dołączywszy się do jej inicjatorów oddał szacunek starszemu koledze.

Po niepełnym roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim, w połowie lat sześćdziesiątych, podstępna choroba podcina pełnego młodzieńczych nadziei chłopaka i proponuje mu wyłącznie szpitalną codzienność. Przez całe dalsze życie Janusz będzie poruszał się na inwalidzkim wózku. Przed biblioteką miejską imienia Grzegorza z Sanoka są wysokie schody. Kiedy tam czytaliśmy, Janusz wpływał do biblioteki. Wnoszono go na rękach do drzwi wejściowych, a potem na pierwsze piętro. To nie jest poetycka metafora. On naprawdę wpływał, zmieniając style pływania, to stylem klasycznym, to motylkiem. Szuber ominął wszystkie polskie poetyckie generacje, pisząc do szuflady; chociaż wiekowo należał do Nowej Fali, jednak zaczynał razem z pokoleniem Brulionu. Ani pierwsi, ani drudzy nie stali się jego środowiskiem, bo debiutował w latach dziewięćdziesiątych, mając czterdzieści siedem lat. Jedna z jego siostrzenic, mieszkająca w Oslo, pomogła finansowo wydać pierwszych pięć cieniutkich tomików.

I wtedy zdarza się coś nieprawdopodobnego – z Sanoka do najświętszych świętości polskiej poezji wpływa wszystkimi możliwymi stylami poeta, o którym mówią Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert i Wisława Szymborska. I oto nagle, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki, Sanok, dzięki Szuberowi, zmienia się w jedną z poetyckich stolic Polski. Zbigniew Herbert w liście do Janusza pisze, że nieraz odbierało mu mowę po przeczytaniu wierszy Sanoczanina. Całkiem słusznie, bo Szuber miał wyjątkowy dar wizualizacji przeżyć, opowiadania historii, łączenia historycznej i rodzinnej pamięci, alchemicznego znajdowania poetyckiej substancji słów. Jego wiersze pachniały igliwiem okolicznych lasów i jednocześnie były podświetlone intelektem, zaczerpniętym z książek i własnych przemyśleń, wykorzystywał w nich dziecięcą naiwność i filozoficzny podtekst. Jego poetycki język wchłonął klasyczną jakość i współczesną rozrzutność, rzeźbioną barokowość i głębię wyrazu, ironię co do pisania i wiarę w cel literatury, wątpliwości i wyzwania ludzkiego życia. Jego wiersz nie tracił polifonicznego brzmienia nawet wtedy, kiedy traktował o deszczu, który przecieka przez dziurawy dach starego sanockiego domu, a ktoś, na poddaszu, człapie i podstawia słoiki.

Ostatni raz przyjechałem do Janusza w 2016 roku. Na jego prośbę ulokowano mnie tak jak i poprzednim razem w hotelu, skąd do jego mieszkania było bardzo blisko. Sanok stanowił ostatni punkt mojej podróży po Polsce w związku z wydanymi tu książkami prozatorskimi i eseistycznymi. Potem – do Warszawy i Nowego Jorku. Wiedziałem, że Janusz czuje się marnie i ze względu na mnie odłożył o kilka dni zaplanowane badania w szpitalu. Tysiąc razy przepraszał mnie, że po raz pierwszy od tylu lat będzie naruszona tradycja wspólnego występu. Odpowiadałem, że wszystko w porządku, ja też przecież będę czytał nie wiersze a prozę. Siedzieliśmy u niego w mieszkaniu, gdzieś skrzypiały drzwi, po długim, wspólnym korytarzu łazili sąsiedzi, padał deszcz. Teraz przyszło mi do głowy, że on jednak był obecny na tamtym czytaniu – nie wpłynął jak zawsze na wózku, a po prostu wszedł jak deszcz.

Być może, w Sanoku pierwszego listopada padało, tak podpowiada mi serce.


Przełożył Bohdan Zadura


Tekst ukazał się na portalu Zbrucz, https://zbruc.eu/node/101403?fbclid=IwAR2lokb2ZySrbcFxv_-y1gyru-ZlvuxE_fjb0DH6jn8xZpGLZ51TGNGkx8Y



 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio