Wyszukiwarka:

 


 



Wdzięczność tekstu. Rozmowa z Janem Gondowiczem [1]

 

Katarzyna Wójcik: Jakie były pańskie redaktorskie początki?

– Myślałem, jak się to u mnie zaczęło i wie pani, nie potrafię powiedzieć. Tak jakoś wszedłem w te zawody „drugiego planu”, że nawet nie zauważyłem, jak i kiedy. Chociaż najpierw to mnie redagowano. Mianowicie w samym początku studiów na warszawskiej polonistyce wyłowił mnie pewien asystent, dziś od dawna profesor emeritus, który powiedział, że byłoby dobrze, gdybym zaczął pisać. Odpowiedziałem, że owszem, tylko nie bardzo wiem, gdzie i co. I on polecił mnie redaktorowi działu krytyki w „Kulturze” – warszawskiej oczywiście, którym był może jeszcze pamiętany Krzysztof Mętrak. Miał pod koniec lat sześćdziesiątych towarzyską wagę dzisiejszego Mariusza Szczygła. Tak więc zjawiłem się u Mętraka, dostałem do opisania powieść, trzy dni potem przyniosłem recenzję, a te były wtedy potężne. Tygodnik kulturalny to zjawisko, o którym nikt dziś już nie wie, jak wyglądało, jak trzęsło opinią. Standardowa recenzja miała tam koło czterech i pół strony maszynopisu – kawał tekstu do spłodzenia. Dostałem następną książkę i tak przez rok. Przynosiłem tekst, brałem kolejne dzieło, od Sasa do Lasa: to starożytna Grecja, to trudna młodzież, to wał pomorski. A wizyty w redakcji nakładały się akurat na ćwiczenia ze starocerkiewnego. Rzecz jasna zawaliłem egzamin i pewnie bym tu teraz nie siedział, gdyby nie zawziął się na mnie wykładowca, docent Kupiszewski. Uparł się, że ja mu jednak zdam, musiałem odwiedzać go w domu, upały były straszliwe, a teksty starocerkiewne. Nie wiedziałem, co to przegłos, co to wokalizacja jerów. A tymczasem pan docent oblał się wrzącym olejem z patelni. Obie ręce aż po łokcie w bandażach, na dworze czterdzieści stopni, skręca go z bólu, ja nic nie umiem… Słowem, święty człowiek.

Po wakacjach nadal chadzałem do „Kultury”, aż nadeszły wypadki grudniowe. I po świętach za biurkiem Mętraka widzę niedużego gościa z cerą przywiędłą; patrzy na mnie spode łba i mówi: „A pan kto żeś?”. No to się przedstawiam i mówię, że musi kojarzyć nazwisko, bo w szufladzie jest pełno moich tekstów. A on patrzy z politowaniem: „Panie szanowny, przecież Mętrak to wszystko od razu wywalał do kosza!”. Po czym ze wzrokiem urodzonego sadysty: „Jak już tak panu zależy, to proszę, tu jest książka”. Książka była gruba jak noga. „Dzisiaj jest poniedziałek, w czwartek ma być recenzja”. Spojrzałem na schodach na to, co trzymałem w ręku i zbladłem: to była nowa powieść Parnickiego, którego nic nie znałem. A w środku bohaterowie wszystkich jego powieści dyskutowali o swoim autorze. Jakie ma poglądy i charakter. Czysta chińszczyzna! Ale poloniści, jak wiadomo, obdarzeni są pewnym instynktem samozachowawczym. Wiedziony tymże, poszedłem jak po sznurku do biblioteki Związku Literatów, gdzie o każdym pisarzu była teczka wycinków, zwykle gruba. Bardzo to przyjemne miejsce było wówczas, ta czytelnia, z osobnym salonikiem, widokiem na Wisłę, można było przynieść sobie z dołu kawę, zapalić... Wszystko to uczyniłem i po przeczytaniu piętnastu recenzji napisałem szesnastą, nie zajrzawszy nawet do książki, co bardzo polecam. Recenzja się ukazała i tym sposobem w lutym roku 1971 zadebiutowałem tekstem o powieści Przeobrażenie.

Później poszło już łatwo: przychodziłem raz na tydzień, coś przynosiłem, a nowy pan redaktor, który nazywał się Leszek Budrecki i był amerykanistą – później wiele lat prowadził dział krytyki w „Literaturze na Świecie” – brał mój tekst, ołówek i coraz to podkreślał któreś zdanie. Właściwie – nie będę ukrywał – co drugie zdanie. I monologował: „Co się też w tej pana głowie dzieje, to ja nie potrafię przeniknąć. Co pan miał na myśli w tym miejscu? A jaki w ogóle jest pana generalny pogląd? Do czego pan tutaj pije? Czemu pan znów mi zbacza z tematu?” I tłumaczył jak dziecku, rysując na kartce maciupeńkie kwadraciki, kreślone na krzyż, z uszkami, z serduszkami. Im bardziej się denerwował, tym uszka i serduszka były mniejsze. Czasem to trwało godzinę, czasem półtorej, a potem następował czas korepetycji. Mianowicie odprowadzałem go z ulicy Wiejskiej do domu na ulicę wówczas Marchlewskiego, koło Hali Mirowskiej, piechotą. I przez ten czas on mi tłumaczył, kto jest kim i kim był przed wojną, i z kim żyje, i za czyje pieniądze, a zwłaszcza, co robił w Marcu. Rzeczy, których nie sposób się było dowiedzieć, jeśli się od paru przełomów wstecz nie tkwiło w środowisku. A wszystko głęboko prawdziwe, mówione z pełnym cynizmem, dla zagrzebanego w książkach polonisty rewelacje.

Zaś miesiąc czy dwa później nadeszła druga faza procesu, który zrobił ze mnie prawdziwego recenzenta i kogoś, kto mógł się nadawać do redagowania cudzych tekstów. Mianowicie trafiłem do „Nowych Książek”, gdzie pisuję po dziś dzień – już czterdzieści lat z hakiem! Tam zajął się mną przyjemny starszy pan z siwą grzywą, Mieczysław Otto, przedwojenny subiekt Gebethnera. Dawał mi do recenzji głównie książki poetyckie, nigdy nie patrząc, co napisałem. Raz sprawdził, że błędów ortograficznych nie robię, i wystarczyło. Pisałem o Jachimowiczu, o Hillar, Świrszczyńskiej, Hordyńskim – kto ich jeszcze pamięta? Aż któregoś dnia wziąłem wydrukowany numer i przeczytałem swój tekst. Rany boskie! Nikomu nie życzę. I cud prawdziwy – od następnego razu złapałem, jak się to robi. A więc, podsumowując tę edukację: jedne moje teksty przechodziły przez niesłychanie wąski lejek, nicowane na lewą stronę – nieraz Budrecki coś mi nawet od siebie dopisał – a inne nie podlegały żadnej redakcji, miałem w tych „Nowych Książkach” kompletną wolność. To była fantastyczna szkoła, która w pewnej chwili zbudziła we mnie sumienie i dar samokontroli. Nauczyłem się, jak pod światło patrzeć na własne zdania i jak dojść do własnego poglądu. Zacząłem sobie uświadamiać, co lubię i w jaki sposób zasugerować mój gust czytelnikowi, aby w połowie tekstu nie rzucił lektury.

Tak się z recenzenta staje krytykiem?

– Tak z recenzenta zostaje się – powiedzmy – krytykiem, i tak się z recenzenta staje redaktorem, o co nam tu chodzi. Jako recenzent „Nowych Książek” miałem publiczność, która od czasu do czasu mnie oceniała i to bynajmniej nie życzliwie. Przypominam sobie list, jaki przysłał redaktor naczelnej Zenonie Macużance, postaci dość malowniczej, zrecenzowany przeze mnie Jerzy Harasymowicz. To był jego pierwszy tom pod rozszerzonym nazwiskiem Harasymowicz-Broniuszyc, bo poczuł w sobie Sarmatę. A tom nazywał się Banderia Prutenorum, czyli chorągwie pruskie podniesione roku pańskiego 1410. Można sobie wyobrazić jak ktoś taki jak ja, utkwiony nosem, jak większość młodych, w poezji Nowej Fali, czytujący na przemian Krynickiego i Barańczaka, tę anachroniczną i koniunkturalną produkcję osądził. No więc napisałem, nie pomnę już co, po czym przyszedł list z niezapomnianą puentą: „Gdyby żył mój dziad, dziedzic na Mościbrodach, to by takiego recenzenta, jakiego pani zatrudnia, kazał swoim parobkom zawlec za stodołę i wysiec rózgami”. „I co teraz?” – spytał pan Otto. – „Co pan z tym zrobi, odpowiedź jest konieczna, mamy zasadę, że odpowiadamy na krytykę”. Usiadłem, wkręciłem kartkę w maszynę i napisałem trzy zdania, które kończyły się mniej więcej tak: „Po przeczytaniu pańskiego listu dochodzę do wniosku, że gdyby żył mój dziad, cadyk cudotwórca ze Stanisławowa, to by pana, szanowny poeto, tak przeklął, że rączka, która ten list pisała, by panu uschła, z grobu sterczała i ludzie się na niej potykali”. Takie były gry i zabawy recenzenta z lat siedemdziesiątych.

Zresztą wkrótce odkryłem miejsce, które miało własną cenzurę: pismo Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, które się nazywało „Tygodnik Kulturalny”. Chłopi byli traktowani jako nieszkodliwy dodatek do całokształtu, nikt się nimi nie przejmował, można tam było pisać, co kto chciał, więc redaktor Zygmunt Ziątek, bardzo dobry historyk literatury z IBL-u, dawał mi wolną rękę. Chlastałem ile wlezie. Raz Jalu Kurka, który wznawiając przedwojenne wiersze, na miejsce Piłsudskiego wstawiał Lenina. Innym razem Ernesta Brylla, nad którego twórczością Staszek Barańczak tak się znęcał w „Zapisie”: tu pokazałem, jak sobie dialoguje z Miłoszem – miałem jego tom londyński – i cenzura to, owszem, puściła. Przypominam sobie jeszcze taką scenę. O siódmej rano telefon. Mówią, że zaraz z redakcji przyjedzie kurier i będzie czekał, aż napiszę. „Ale co niby?” – „Umarł Iwaszkiewicz”. To była wiosna roku 1980.  „A pan dostaje całą kolumnę”. Czyli szesnaście stron maszynopisu. I w rzeczy samej przyjechał starszy pan, dość tęgi i ponury, jak zresztą i okazja; siedział na krześle i patrzył w podłogę, a ja cztery godziny tłukłem w maszynę. Ale tego tekstu wcale się nie wstydzę – bynajmniej nie okładałem tam nieboszczunia różami.

Tak to wyglądało, zanim zacząłem redagować… Ależ nie, oczywiście, że redagowałem! W 1972 roku władza uszczęśliwiła młodych miesięcznikiem, który się zwał „Nowy Wyraz”. Miał się nazywać „Nasz Wyraz”, jak pismo z lat trzydziestych, ale ktoś na wysokim szczeblu odkrył, że tam byli trockiści. Wszyscy w tym „Nowym Wyrazie” tkwili w straszliwym klinczu, w jaki nas złapano, bo proces produkcyjny trwał pół roku. Co się oddało do druku w styczniu, ukazywało się w lipcu. Organ był na kredzie, miał barwne tytuły, wkładki ilustracyjne z kolorem, malarstwo i tak dalej. Tylko że był nie wiadomo czyj. No i oczywiście robienie pisma z półrocznym opóźnieniem jest bez sensu. Proszę sobie wyobrazić polemiki. Po pół roku nikt już nie pamiętał, o co szło. Czysta fikcja i manipulacja. Środowisko miało się nawzajem zaredagować na śmierć i skłócić. Ale to nie wyszło.

Wierzy Pan w książki? Czy literatura dzisiaj ma rację bytu?

– Wierzę w książki, ponieważ to jest jedyna dostępna nam nieśmiertelność. Jak to było u Prousta? „Pochowano Bergotte’a, ale przez całą noc żałobną jego książki, rozłożone w oświetlonych witrynach, czuwały jak aniołkowie z rozpostartymi skrzydłami i zdawały się być dla tego, który już odszedł, symbolem nieśmiertelności”. Wszystko, co istnieje w Internecie, trwa tak długo, aż ktoś gdzieś, na innym kontynencie, nie naciśnie kombinacji trzech klawiszy, po czym coś pstryknie w sieci i wszystko to zniknie, nie zostawiając po sobie nawet smrodu. A książka przetrwa, chociaż wydaje się tak nietrwała i choć w mojej generacji już co najmniej trzykrotnie całe stosy książek wywalano na śmietnik albo obok. Najpierw stało się tak z produkcją socrealistyczną. Później w altanach śmietnikowych piętrzyły się książki z gatunku literatury średniej, tak zwany socparnasizm – literatura ucieczkowa, o wszystkim, ale głównie o niczym. Nic z tego nie zostało – jeden z tysiąca przykładów: Smutna Wenecja Wacława Kubackiego. Taki przecudny romans w antykwarycznym sztafażu weneckim. Chianti, scampi, belle donne – surogat wyjazdu do Włoch. Tylko czytać już tego się nie da.

Można za to swobodnie jechać do Włoch…

– Można jechać do Włoch, i to osobiście. W związku z tym przed trzydziestu laty te rzeczy zaczęły wylatywać; poza tym było potrzeba na półkach miejsca na kasety wideo. Trzeci raz widziałem, jak lądują przy śmietniku książki wydane w podziemiu. Cała antykomunistyczna literatura, niezliczone czasopisma, z bardzo czasem wartościowymi tekstami, które nigdy nie zostaną wznowione, szyte przez poczciwych poligrafów podziemnych, drukowane w warunkach urągających BHP, narażające swych kolporterów na różne prywacje. Do dzisiaj pamiętam, jak Jarkowi Markiewiczowi, który był obok Wacka Holewińskiego jednym z dwóch wydawców „Przedświtu”, skonfiskowano narzędzie zbrodni, czyli mercedesa, którego odzyskał wprawdzie w 1989 roku, ale w stanie nienadającym się do dalszego użytkowania. A jednak w książkę wierzę, a wierzyłem w nią na zasadzie apofatycznej.

Przeżyłem moje drugie studia – znacznie zabawniejsze od pierwszych, chociaż wszystkie kobiety mojego życia nienawidziły tego śmiertelnie – w antykwariatach. Głównie warszawskich, ale też i łódzkich, po trosze krakowskich i wszędzie, gdzie mi się zdarzyło bywać. W antykwariatach warszawskich, zwłaszcza w naukowym na Świętokrzyskiej, koło Mazowieckiej (to mniej więcej ten sam antykwariat, który jest teraz, jako prywatny, w Alejach Ujazdowskich i nazywa się Logos) spędziłem masę godzin, chyba od drugiego roku studiów, bo tam przekonywałem się namacalnie, że literatura istnieje. Że mogę wziąć do ręki, a nawet sobie kupić przedwojenny tom Gałczyńskiego. Albo skompletować sobie nieocenzurowanego Boya. Albo wyszperać Witkacowskie Nowe formy w malarstwie na pociemniałym wojennym papierze. Antykwariusz Jan Zawirski, z wyglądu jak dwie krople wody podobny do Piłsudskiego, mawiał: „Panie Jasiu, panie Jasiu, niech pan kupuje! Nigdy nie będzie tak tanio!”. I miał rację. Ferdydurke za sześćdziesiąt ówczesnych złotych, Ocalenie Miłosza za czterdzieści… Co kto chce, trzeba było tylko mieć trochę pieniędzy, bywać, pogadać, dać się obwąchać. Obwąchanego sprowadzano do piwnicy, gdzie były prawdziwe prohibita. Kiedyś, stojąc po przeciwnych stronach regału, wyszarpywałem sobie (jak się później okazało, ze Stefanem Treuguttem), eseje Bolesława Micińskiego, jeden z pierwszych tomów „Kultury”, jeszcze rzymskiej. Ja miałem lepszy chwyt, ale potem ujrzałem, jak mój rywal wynosi po schodach taki stos książek głęboko w PRL-u zakazanych, że musiał podtrzymywać je brodą. Popatrywał na mnie tryumfalnie.

Słowem, pomału można się było w paru takich miejscach zaopatrzyć we wszystko, co ważne, i całą masę rzeczy, które okazały się przydatne później. I zarobków studenckich na to starczało i tych honorariów z zatrudnień recenzenta. Przez pierwszy rok studiów, kiedy bardzo było cienko z pieniędzmi, kupiłem sobie tylko jedną, jedyną książkę, bez której żyć nie mogłem: celofanowy wybór wierszy Apollinaire’a z przedmową Ważyka. To było coś, co w tym ówczesnym, wybitnie ponurym, piwnicznym klimacie, dawało oddech i uśmiech, poczucie, że istnieje inny wymiar, a ta Polska, która przypominała jeden wielki dworzec w Kutnie w listopadzie o dwunastej w nocy, nie jest jedynym światem. Jest jeszcze coś, jest Paryż, jest wiosna, młodość, przedmieścia, kobiety, alkohol… Krótko mówiąc, od drugiego roku studiów zbuntowałem się i zacząłem wyprzedawać bibliotekę historyczną mojego ojca. Ojciec był historykiem-amatorem i zbierał książki, czasami bardzo cenne. Miał także mnóstwo książek niemieckich, przywiezionych z różnych wojaży. Ja to wszystko pomalutku sprzedawałem, ucząc się na błędach, i w ten sposób stałem się osobą znaną antykwariuszom. Po jakimś czasie przestali mnie oszukiwać, zaczęli traktować serio.

Moja biblioteka powoli zamieniała się z biblioteki historyka w bibliotekę polonisty, nastawionego na rozmaite niestrawne rzeczy: teorię literatury, przedwojenne tomy wydawane przez tak zwane Koło PSUW, czyli Polonistów Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, tomy Konstantego Troczyńskiego, Manfreda Kridla, kto takie rzeczy czyta… Ja to powoli zdobywałem i ładowałem się tą wiedzą. Zacząłem zdawać sobie sprawę, i tutaj dochodzę do sedna, że istnieją niesłychanie interesujący autorzy, którzy nie wydali prawdziwej książki – czasem jakąś broszurę. W związku z tym ich istnienie jest ledwie połowiczne. Do takich autorów zaliczał się na przykład Rafał Marceli Blüth – fantastyczny znawca romantyzmu polskiego i rosyjskiego, spraw współczesnych sowieckich, związany z warszawskim tak zwanym „Domkiem w Kołomnie”, o którym świeżo wydał dwie książki Piotr Mitzner; umysł rozdarty pomiędzy tradycją żydowską a neokatolicyzmem spod znaku Jacquesa Maritaina i księdza Władysława Korniłowicza z Lasek. No i wspaniały stylista, przenikliwy, nie wiedziałem wtedy że, podobnie jak Bolesław Miciński, kontynuował świetne tradycje emigracyjnego eseju rosyjskiego. Zacząłem grzebać po różnych czasopismach: „Przeglądzie Współczesnym”, „Ateneum”, po tygodnikach dla pań takich jak „Bluszcz”, gdzie Blüth bardzo lubił pisywać, na przykład o romansie Adama Mickiewicza z Karoliną Sobańską. Takie rewoltujące sprawy były i bywają przykrywane dywanem niewidzialności. Poprzez Blütha dotarłem do innych nazwisk. W ogóle docieranie do jednych autorów przez drugich jest jedną z największych frajd, jakie można przeżyć, zajmując się literaturą, kiedy trop podany na marginesie nie bez oporu przed zdradzeniem własnych tajemnic warsztatowych i intelektualnych, otwiera amfiladę objawień, skojarzeń, olśnień i tak dalej.

Dlatego trzeba czytać przypisy…

– Trzeba czytać przypisy, trzeba czytać między wierszami, bo czasami jakieś nazwisko bywa niewymieniane wprost, tylko przez tytuł albo aluzję. W każdym razie nie żałowałem nigdy że czytam uważnie, i to polecam: wtedy się robi naprawdę ciekawie. W taki sposób trafiłem na Jerzego Stempowskiego. Już nie pomnę, co najpierw wpadło mi w ręce. Zanim kanon przedwojennych tekstów Stempowskiego zdobyłem materialnie, bo czasy były przedkserograficzne i trzeba było po prostu kupować pierwodruki, to i owo przepisywałem. Przepisywałem, proszę sobie wyobrazić, ręcznie książki. Nikt tego już nigdy nie zrobi. Przepisałem choćby Rubajaty Omara Chajjama, wydane przed wojną w nakładzie bibliofilskim chyba stu pięćdziesięciu egzemplarzy, w wersji biednego suchotnika Andrzeja Gawrońskiego, który nad tym przekładem umarł. Przepisałem na maszynie pożyczoną na tydzień bez wiedzy właściciela Historię Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939 Stanisława Cata-Mackiewicza. To dosyć gruba książka, przepisałem ją całą bez myśli o jakimś wykorzystaniu, bo jeszcze nie było podziemnego ruchu wydawniczego. Po prostu dla siebie i przyjaciół, tak byłem zachwycony wysokim lotem syntezy, a zarazem wspaniałymi anegdotami w tej książce.

Skończyło się tak, że zacząłem rozpoznawać, czego wszystkim życzę, teksty podpisane pseudonimem albo nic nie mówiącym nazwiskiem. Zacząłem identyfikować styl. W ten sposób na przykład znalazłem esej Stempowskiego Z nieznanej puszczy, o dziewiczych lasach Karpat Wschodnich. Drukowany w „Przeglądzie Współczesnym” w 1928 roku, podpisany pseudonimem. Niestety, nie znalazł się w niedawno wydanym tomie „Bez tytułu” oraz inne publikacje nieznane i zapomniane 19251939. Ale może przy okazji wznowienia przekonam wydawcę, że to naprawdę Stempowski. Bo, między innymi, tekst ze szczególną czułością wymienia potoki Furatyk i Hostowiec, czyli pseudonimy Stempowskiego w „Kulturze” po wojnie. Ironiczny styl Stempowskiego daje się rozpoznać nawet w tej wczesnej próbie pisarskiej. Na przykład wprowadza porównanie tego leśnego kontynentu w sercu środkowej Europy z podkrakowską tak zwaną Puszczą Niepołomicką, gdzie urządzano cesarsko-królewskie manewry: „Ej, ty, na c. k. koniu, gdzie pędzisz, ułanie? / Uważaj, byś nie zrobił szkody w drzewostanie”. Takie to były galicyjskie knieje.

W czerwcu 2012 roku opublikował Pan w internetowym magazynie „Dwutygodnik” artykuł Kapo od słów, w którym poddaje Pan w wątpliwość sens redagowania książek. Istotnie skłania się Pan ku temu twierdzeniu, że to „redaktorzy zasilają przeceny, doprowadzając do stanu czytelności każdy gniot”?

– Wkrótce potem opublikowałem w „Dwutygodniku” drugi tekst, wychodzący od zdania, że Nienasycenie Witkacego nie zaznało żadnej redakcji. Że przedwojenne książki Gombrowicza nie przechodziły przez żadną redakcję w wydawnictwie, a i książek Brunona Schulza też nie tknął ołówek redaktora. I jakoś im to nie zaszkodziło. Co okazało się nie w pełni prawdziwe. Książki istotnie przez redakcję nie przeszły, lecz publikacje czasopiśmienne i owszem. A przynajmniej to, co było drukowane w „Wiadomościach Literackich” i w „Skamandrze”. A że to szczęśliwie wisi zdigitalizowane w Internecie, każdy może sprawdzić kształt prozy Schulza po jej przejściu przez ręce redaktora Grydzewskiego. Który, nawiasem mówiąc, nie zasnąłby, gdyby nie usunął wszystkich przecinków przed „że” i „żeby”, co było jego manią. Na łożu śmierci w Londynie, w domu starców, kazał sobie przynosić szpalty i słabnącą ręką skreślał te przecinki. W książkach Schulz – i nie on jeden – własną wersję w pocie czoła przywracał.

Więc czy warto w ogóle wtrącać się do wybitnych książek? Bo niewybitnym spojrzenie drugiej pary oczu zawsze się, naturalnie, przyda. Czasami nawet dochodzi do nieformalnej współpracy i muszę przyznać, że z początku ta współpraca była dla mnie ekscytująca. Kryję w sobie niewyczerpany rezerwuar entuzjazmu, którego nie mam za bardzo na czym skupić, wobec czego, gdy się szczęśliwie zdarzy, że w książce, którą dostaję czy dostawałem do opracowania, jest coś godnego uwagi, to mam ambicję dociągnąć resztę do miejsc najlepszych. I jeśli autor jest chętny, zaczyna się przygoda. Choć jedna z takich przygód była feralna. Miałem na warsztacie powieść znanej aktorki. Akcja rozgrywała się na warszawskiej Ochocie w połowie lat sześćdziesiątych. Znakomicie osadzona w topografii i w klimacie epoki, autorka wszystko to świetnie pamiętała. Rozpoczynało się bardzo efektownie, szło dziarsko do przodu, jednak niestety pod koniec wszystkie kunsztownie przeplecione wątki nie bardzo chciały związać się w supeł. Rzecz miała się ukazać w nieistniejącym już wydawnictwie Świat Książki, akurat na Targi Książki w Warszawie. I, jak się okazało, to było decydujące. Autorka znana, poniekąd celebrytka, książka skazana na sukces – byle ją zręcznie zakończyć.

Nad podziobanym uwagami manuskryptem biedziliśmy się oboje strona za stroną dwa lub trzy razy w tygodniu, w kawiarence na Saskiej Kępie, której w latach sześćdziesiątych poświęcono piosenkę, a która nazywa się Sułtan. Szeherezadą w tym Sułtanie byliśmy marną, bo każda zmiana w zakończeniu wymagała, ma się rozumieć, przebudowy intrygi i nowych jej uzasadnień, więc wszystko się waliło. A robiło się coraz później i później. W końcu zostałem wezwany do wydawnictwa i osoba decydująca ryknęła: „Za to panu płacimy, żeby pan był po stronie wydawcy, a nie autora!”. Czyli treść i jakość książki mieli w nosie, szło po prostu o zadrukowanie pewnej ilości arkuszy, wyprodukowanie towaru. Nie dla czytelników – dla nabywców.

Z nadzieją, że nazwisko zrobi swoje…

– Tak, że kupią po prostu dla nazwiska. Jak i firma kupiła dla nazwiska. To było już nowe wydawnictwo, działające nie w stylu starej, solidnej, omszałej oficyny, która trzyma się zasad moralnych i estetycznych. I nie na zasadzie małego wydawnictwa kierowanego przez entuzjastów, którzy gotowi są portki sprzedać, by tylko książkę wydać… To było wydawnictwo komercyjne i wydawało książki komercyjne. Rzeczywistość, którą z trudem akceptowałem jako redaktor. Na przykład któregoś pięknego dnia dostałem tam do zredagowania polski przekład Oksfordzkiego Słownika Biograficznego. Pokaźny tom zawierający ze dwa tysiące biografii: od starożytności do czasów najnowszych, od Japonii do Patagonii. Zapytałem, czemu w Słowniku są tylko dwaj Polacy: Kopernik i Skłodowska. „To niech pan napisze do wydawcy i zaproponuje, może coś ustąpi” – usłyszałem. Napisałem więc, że skoro mają z tego korzystać czytelnicy polscy, to może kosztem graczy w rugby, w baseball, krykiecistów, obserwatorów ptaków i generałów armii indyjskiej dałoby się zamieścić z pół setki biogramów polskich. Niebawem nadszedł list na papierze, z pięknym znakiem wodnym, herbem i tak dalej, w tonie imperialnej pychy: „Wciąż się w tych różnych buforowych kraikach, o których my nic nie wiemy i wiedzieć nie chcemy, pojawia taka dążność, że miejscowi (dobrze, iż nie „tubylcy”) pchają między przedstawicieli świata cywilizowanego swoje lokalne wielkości”. Wśród zaproponowanych przeze mnie postaci byli Karol Szymanowski, Stefan Banach, Artur Rubinstein, Adam Ulam, Józef Hofman, August Zamoyski, Wanda Landowska, Magdalena Abakanowicz – w sumie z pięćdziesięciorga zostało ich z wielkiej łaski piętnaścioro. Toczyłem ten bój sam, bez śladu zainteresowania polskiego wydawcy. A wcześniej w tejże firmie, co opowiem dla obrazu naszych czasów, kolega ustąpił mi rolę fabrykanta blurbów, czyli notek reklamowych na czwartą stronę okładki. Jęknął: „Już nie mogę”, co było ostrzeżeniem. Ale miało to być intratne zajęcie.

Nabrałem więc na ulicy Rosoła plecak książek i sumiennie zaopatrzyłem je w notki. Były to bez wyjątku współczesne romanse kostiumowe z przewagą dziewiętnastowiecznych – dla pań. Dobre dwie trzecie produkcji Świata Książki to była taka właśnie makulatura. I po oddaniu pracy słyszę: „Pan nie ma zielonego pojęcia, jak się to robi, i myślę, że nie będzie z pana niestety pożytku. Weźmy na przykład to”. Tu pani, która ze mną rozmawia, wskazuje moją reklamę książki, mającej za temat romans na dworze Ludwika XIV. Powieść pióra córki byłego kanclerza Niemiec, cenionej pisarki popularnej. Nawet mi się to podobało i napisałem, kto to był kardynał Richelieu, że mistrz intrygi, że Dumas, że to i tamto… Ale pani z wydawnictwa, nie będąc mistrzem intrygi, wali mi prosto w nos: „Tak pisać nie wolno. Nasz czytelnik nie znosi być pouczany. Gdy pojmie, że czegoś nie wie, to się obraża”. Ja na to: „Więc jak to opisać?”. Ona: „Pasjonująca, krwawa eksplozja namiętności z epoki płaszcza i szpady, pomiędzy konfesjonałem, łożem a szafotem”. Przy innych tytułach krwawe namiętności wybuchały w epoce rumaka i zbroi albo laski i cylindra, albo hispano-suizy i srebrnego ekranu. Ech, to jeden biegun losu redaktora, a teraz będzie o przeciwnym. Najgorsze w tym fachu – to dostać do rewizji przekład opublikowany. W tym przypadku była to książka, na którą niewielkie, lecz ustosunkowane wydawnictwo zyskało dotację jako na podręcznik akademicki. Pierwsze wydanie wyszło nakładem PAX-u w połowie lat osiemdziesiątych. To Strach w kulturze Zachodu Jeana Delumeau, oczywiście go znałem, miałem i korzystałem. Przydał mi się przy mojej Zoologii fantastycznej, bo przewijają się tam rozmaite potwory.

Przełożył ten Strach... późniejszy tłumacz Umberta Eco, cieszący się znaczną renomą. Wziąłem to stare wydanie, w drugą rękę oryginał i zdębiałem. Nawet nie od pierwszego zdania. Bo tłumacz z niewiadomych racji pominął już podtytuł Oblężony gród, potem motto, a później już poszło. Pewnie redaktorzy PAX-u każdą zapisaną kartkę wyrywali mu spod ręki i z miejsca odsyłali do druku. Efekt katastrofalny, bo składnia francuska znacząco się różni od polskiej. Stąd zwykle nie można tłumaczyć od pierwszych wyrazów zdania, tylko złapać sens, obrócić całość w głowie i ułożyć w polskim porządku. Kto tego nie robi, mniej więcej od połowy zdania zaczyna mieć problemy typu „co jest czym czego”. Musi doklejać okoliczniki, przydawki, i nim dojdzie do kropki, spłodzi istnego potworka. Ja wszystko to odkręcałem. Oprócz tego uznałem, że jeśli w książce tej rangi przytacza się gęsto poetów, to nie ma przebacz, te fragmenty muszą sprawiać wrażenie poezji. Wobec czego porymowałem sobie zdrowo, od Ronsarda po Chéniera. No i trzeba było zweryfikować przypisy, zaktualizować bibliografię, dodać dwa indeksy. Wszystko to zajęło pół roku.

A jeszcze wypadło rozbroić cenzurę. Bo oprócz cenzury państwowej na tej książce odcisnęła się także wewnętrzna cenzura PAX-owska. Na przykład profesor Delumeau przytacza obszerny fragment kazania Lutra: „Szatan wynalazł obrót pieniężny, spłodził przewrotne mnichostwo, podżega zbójectwo, zabójstwa i rozlew krwi”. A pośród innych sprośności „łże głosem i piórem papieża”. I to ostatnie zdanie, choć dotyczyło Leona X, znikło. Bo może ktoś pomyślałby o Janie Pawle II. Innym razem, gdy mowa o lęku przed księżycem, Delumeau przytacza elżbietańskiego poetę Thomasa Dekkera, który powiada tak: „Gdy mrok dość zgęstnieje, poważny purytanin odważa się zbliżyć do lunaparku”. Słowo lupanar nie mogło się pojawić w pobożnym wydawnictwie PAX. Wyszły też na jaw interwencje cenzury prawdziwej: na przykład z okazji roli, przepraszam za słowo, rozszalałych bab w rozruchach miejskich pojawia się relacja zapomnianego już dziś sowieckiego dysydenta Leonida Pliuszcza, który w roku 1967, w ukraińskich Priłukach, był świadkiem tumultu w stylu kompletnie średniowiecznym. Jakby to średniowiecze eksplodowało naraz spomiędzy lodziarni, budek telefonicznych i trolejbusów. No, taki obraz, pomijając trefne nazwisko, był niedopuszczalny. Nie bez satysfakcji dotłumaczyłem ten fragment. Ale zwykle wyłapywałem wpadki. Dajmy na to, Delumeau opowiada o greckim święcie zwanym Tesmoforie. W czasie trzydniowych obrzędów zapraszano na uczty umarłych. Pod koniec trzeciego dnia pojawiała się ostatnia potrawa, a było to coś, co się nazywa po francusku bouillie, po czym otwierano szeroko drzwi i mówiono: „No, duchy, koniec tego dobrego, najadłyście się, więc wynocha i nie zakłócajcie nam spokoju aż do przyszłego roku”. Tłumacz, nie mając czasu zajrzeć do słownika, skojarzył sobie słowo bouillie z bulionem i napisał, że było to gotowane mięso. Tymczasem bouillie to kleik jęczmienny – przezroczysta potrawa dla przezroczystych istot! I z tego mieli się uczyć studenci.

Gdzie indziej mowa o ludziach, co sprzedają duszę diabłu, żeby „odszukał zagubione rzeczy”. Zaglądam do oryginału, a tam – podpisują cyrograf, by diabeł pomógł restytuować skonfiskowane dobra. To jest to samo słowo, les biens; o znaczeniu decyduje kontekst. Takich rzeczy poprawiłem masę, nie mówiąc o innej robocie. Po czym pozwoliłem sobie napisać na karcie tytułowej: „Przełożył Adam Szymanowski, uzupełnił i poprawił Jan Gondowicz”. I dostałem książkę z uwagą: „To egzemplarz unikalny, wydrukowano ich tylko parę, bo się pana formule sprzeciwiła rodzina tłumacza”. Gdzieś z tyłu, w kolofonie, figuruję oczywiście jako redaktor, ale co to jest, redaktor drugiego wydania? A ja to w trzech czwartych przełożyłem na nowo.

Narzędzia pracy redaktora na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniły się ogromnie. Zmienił się także sposób kształcenia – czy te zmiany faktycznie prowadzą do udoskonalenia sztuki redaktorskiej?

– Jakiś rok temu zostałem zaproszony na seminarium doktoranckie w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, prowadzone przez Zbigniewa Mikołejkę, z którym na początku lat 90. wspólnie wydawaliśmy pismo „Społeczeństwo Otwarte”. Miałem opowiedzieć o postsurrealistycznym piśmie „Acéphale” i grupie zwącej się Collège de Sociologie, działającej we Francji tuż przed wybuchem wojny. Należeli do niej między innymi Roger Caillois, Georges Bataille, Jules Monnerot i Pierre Klossowski. Bardzo to było niesamowite środowisko. Rodzaj konspiracji, a nawet sekty, która jednakowoż urządzała publiczne wykłady na zapleczach paryskich księgarń – w jednym uczestniczył Jan Kott, który mi o tym opowiedział. Skończyłem mówić i Mikołejko powiada: „Teraz, proszę państwa, kilka spraw porządkowych. Sekretariat kazał mi rozdać ankiety, proszę wypełnić i napisać w prawym górnym rogu nazwisko wersalikami”. Tu zapadła głucha cisza, więc Mikołejko, łapiąc się za głowę, wyjaśnia: „No, dużymi literami”. Na co wyrywa się studentka z tyłu: „Panie profesorze, to się nazywa kapsloki”. Oto znak czasu. A w tej chwili do ignorancji dochodzi jeszcze automatyczny redaktor. U siebie wyłączyłem go raz na zawsze, ale czasem widzę go w akcji. Mojemu przyjacielowi, wydawcy korespondencji Witkacego, w sposób nieodparty i nieusuwalny aż do ostatniej ręcznej korekty zamienia zawsze nazwę Skamander na skafander.

A przed dwoma miesiącami mniej więcej byłem u innego przyjaciela, który podjął się nowego przekładu Szkoły uczuć Flauberta. Czytamy w oryginale z wersją polską, aż tu na ekranie korekta elektroniczna coś podkreśla – i to nie nazwisko. Dwa razy na czerwono i z falką. Aż wstałem z krzesła. I, jak się okazało, obecnie programy komputerowe też zrobiły się pruderyjne: ten w każdym razie zakwestionował zdanie: „Wiatr wydymał firankę”. Stanisław Jerzy Lec stwierdził, że na jednym biegunie mowy jest precyzja, a na drugim bełkot, i że wkrótce doczekamy syntezy: precyzyjnego bełkotu. Ten czas już nadszedł.

Na koniec pytanie z zakresu tych osobistych: jak się czuje redaktor, którego tekst jest redagowany?

– Jak u każdego wzbudza to wybuch emocji dalekich od entuzjazmu, zwłaszcza że w Warszawie istnieją co najmniej cztery szkoły interpunkcji. Nie chcę wchodzić w szczegóły; bynajmniej nie panuje w tym względzie jednomyślność. Kiedy trafi sie na korektę nie z tej parafii, awantury są straszne. W „Nowych Książkach”, gdzie stale piszę, jest na przykład hańbą i zgrozą, żeby ten sam wyraz powtarzał się w sąsiadujących zdaniach, a nawet w tym samym akapicie. Niestety, muszę się podporządkować. W dodatku po zmianie tak zwanego layoutu obcięli mi sześćset znaków, w związku z tym nie mieszczę się z felietonami, a piszę je już siedemnaście lat i zasługiwałbym na względy. Z tej racji te felietony powstają w dwóch wersjach: skróconej i przez to, obawiam się, bełkotliwej, i rozszerzonej, z porządną puentą, coup de canon, jak zwą to Francuzi – do późniejszego wydania książkowego. Bo się nie zmieściło. Jak chcę dopisać coś z tyłu, muszę skreślić z przodu. To im nie przeszkadza. Za to przeszkadza im strasznie, że w dwóch zdaniach kolejno jest na przykład „może” albo „lecz”, które trzeba zamieniać alternatywnie na „ale”.

Jednak zetknąłem się z kilkoma osobami, które bardzo sprawnie robią redakcję, myśląc przy tym zgodnie z intencjami tekstu tłumaczonego. Na przykład Anna Wasilewska, wychowanica Leszka Budreckiego, potrafi poświęcić masę własnego czasu, dobrej woli i bezinteresowności w poprawianiu cudzej pracy, daleko wykraczając poza swe obowiązki. To wzór, który w chwilach zwątpienia stawia mnie do pionu. Ale opowiem o czym innym: jak mi utarto nosa. Jestem początkującym redaktorem „Gazety Wyborczej”, koledzy proszą, żebym zrecenzował książkę Kostka Geberta o polityce francuskiej wobec rządu polskiego w stanie wojennym. Gebert, który stan wojenny spędził z pożytkiem we Francji, przedstawił te dyplomatyczne meandry w dość złośliwym kształcie. Mówię: „To bardzo wartościowe, świetnie, że wyszło, ale ja przecież się nie znam”. – „No tak, my też się nie znamy, ale chcielibyśmy tę recenzję na pojutrze”. Napisałem, a w redakcji – mieściła się jeszcze w sławnym żłobku na ulicy Iwickiej, krzesełka dla maluchów, pisuary na wysokości kolan – pytam redaktora prowadzącego: „Co z tym dalej?” – „A weź połóż na parapecie, to zabiorą do drukarni”. To mnie, do licha ciężkiego, trochę ubodło. Każdy tekst powinien przejrzeć ktoś inny, chyba że jest się Montaigne’em.

Wśród schylonych nad maszynami, bo i komputerów jeszcze nie było, grzbietów widzę jeden znajomy. Wiem, że jego posiadacz też spędził stan wojenny w Paryżu. Podchodzę: „Odklej się no od roboty, bo mam tu moją własną”. On czyta tę recenzję, aż w pewnej chwili zatrzymuje go któryś akapit. Mianowicie, nie znając kulisów dyplomatycznych, skupiłem się na anegdotach. Francuzi nie bardzo wiedzieli, co z Jaruzelskim począć i popadli w konsternację, kiedy władze polskie zaczęły powielać wzory pamiętane we Francji z ich własnej praktyki kolaboracji. Po ukonstytuowaniu rządu Vichy po klęsce Francji w 1940 roku Niemcy okazywali Francuzom wiele względów. Zaproponowali między innymi, dla legitymizacji reżimu w narodzie, że przekażą Francuzom trumnę Orlątka. I rzeczywiście z Schönbrunnu do Paryża bodaj przez tydzień jechał umajony pociąg, przystając na każdej francuskiej stacji, gdzie odchodziły Marsylianka, fanfary, recytacje Victora Hugo, a w końcu odprawiono huczny pochówek u Inwalidów. A u nas po stanie wojennym zaczęto serię propagandowych pogrzebów: generałowej Sikorskiej, Stanisława Augusta, wreszcie Witkacego, co się skończyło sławetną katastrofą. Opisałem tę paralelę, i ona właśnie ubodła redakcyjnego kolegę. „Zaraz, ejże, co to za »Orlątko«”? – „No – odpowiadam – książę Reichstadtu”. – „Że co?” Zdenerwowałem się: „Napoleon II”. „Drugiego nie było!” I skreślił cały akapit. Z troski o czytelnika.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 



[1] Z powodu redakcyjnego niedopatrzenia w rozmowie drukowanej w papierowej „Frazie” zniknęło nazwisko autorki rozmowy – Katarzyny Wójcik, za co Autorkę i bohatera rozmowy najserdeczniej przepraszamy – redaktor naczelna Magdalena Rabizo-Birek oraz zespół.   



powrót do góry

<<< powróć do spisu treści


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio