Wyszukiwarka:

 


 



Notatki ze spotkań z Natałką Biłocerkiweć

Na początku stycznia gościła w Polsce znakomita ukraińska poetka Natałka Biłocerkiweć. Okazją do spotkań (5 stycznia w Bibliotece Uniwersytetu Rzeszowskiego, 7 stycznia w kawiarni artystycznej Hades w Lublinie, 8 stycznia w Kuncewiczówce w Kazimierzu Dolnym i w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Puław – willi Samotnia w Puławach, 11 stycznia w Krakowie w Sali im. F. Maryewskiego UMK na Rynku Podgórskim) było pierwsze w Polsce wydanie jej tomiku Róża i nóż w przekładach Bohdana Zadury. Ukazał się on nakładem Stowarzyszenia Literacko-Artystycznego „Fraza” w Rzeszowie, a publikację wsparł Fundusz Promocji Twórczości Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Byłam inicjatorką wydania tomiku i jego redaktorką i z tej, nadzwyczaj subiektywnej pozycji, piszę o swoich spotkaniach z poezją Natałki Biłocerkiweć.

Spotkanie w willi Samotnia w Puławach. Czyta Bohdan Zadura)
fot. Marek Zadura

 

Szalone samoloty
Pierwszy raz zetknęłam się z nią bodaj w 2002 roku, kiedy Bohdan Zadura przysłał do „Frazy” osiem wierszy poetki wraz z utworami innych ukraińskich pisarzy: Pawłyczki, Brusłynowskiego, Grabowskiego. Te kilka wierszy mnie zachwyciło, wydrukowaliśmy je wszystkie, stanowią one serce i tematyczne centrum wydanego przez „Frazę” tomu, od nich pochodzi tytuł wyboru i one też były najczęściej czytane na spotkaniach. W tym pierwszym, drukowanym w Polsce, zestawie znalazły się wiersze: Róża i Nóż, Szalone samoloty, Sto lat młodości, Wino aniołów, My nie w Paryżu umrzemy, *** Drży woda w szklance, *** Deszcz. Utwory te weszły później do wydanej przez Biuro Literackie autorskiej antologii współczesnej poezji ukraińskiej Bohdana Zadury Wiersze zawsze są wolne. W znakomitej części pochodziły ze zbioru Alergia (1999) – ukraińskiej książki roku 2000 lub były to nowe wiersze poetki, które ukazały się niedługo później w tomie Hotel Central. Wiersze wybrane (2004, także uznanej za książkę roku).

Do tej pierwszej we „Frazie” prezentacji poetki poprosiłam Zadurę o część krytyczną – rozmowę lub esej – tak, by można było ją przedstawić w otwierającym „Frazę” dziale „Portrety”. Bohdan przetłumaczył świetny wywiad ze Switłaną Matwijenko, a fragment wiersza Szalone samoloty – poetyckiej reakcji na wstrząs wywołany zagładą World Trade Center, wybrałam jako poetyckie motto tego numeru, dziś zresztą będącego jednym z frazowych „białych kruków”. Na wieczorze w Puławach poetka opowiedziała o genezie tego wiersza, który rozpoczął translatorską przygodę Zadury z poezją Biłocerkiweć. Część tej historii dopowiedział Mykoła Riabczuk, dobrze w Polsce znany ukraiński pisarz i eseista polityczny, który uczestniczył we wszystkich spotkaniach poetki w skromnej roli tłumacza i męża („partnera” – jak zwykł podkreślać).

11 września 2001 roku Natałka była w Wiedniu i tak jak wszyscy, którzy oglądali pierwsze kadry telewizyjnej relacji, myślała, że to film katastroficzny. Do napisania wiersza nie wystarczyły jednak emocje, zapoznała się z literaturą na temat islamu. A mnie, odkąd przeczytałam Szalone samoloty, jego pierwsza strofa wydaje się najbardziej lapidarnym i trafnym komentarzem do tego zdarzenia:

szalone samoloty
przelatują o świcie
rozpadają się gwiazdy
na kawałki ciał
tak kończy się świat
we wtorek o dziewiątej
wszyscy będziemy w raju

Wkrótce po napisaniu Szalonych samolotów Natałka i Mykoła mieli wziąć udział w Festiwalu Poezji w Rotterdamie i okazało się, że trzeba jej wiersze przetłumaczyć na któryś ze znanych tam języków słowiańskich. W grę wchodził polski i rosyjski. Mykoła – antykomunista i polonofil - wybrał oczywiście polski i swoje tłumaczenie wysłał przyjacielowi Bohdanowi Zadurze do korekty. I tu zaczyna się przygoda Zadury z poezją Natałki. Przetłumaczone wtedy wiersze przysłał do „Frazy” (z sympatii dla nas – jak powiada). I tak się zaczęła nasza wspólna przygoda z poezją Natałki, która zaowocowała wydaniem tomiku. Później jeszcze dwukrotnie drukowaliśmy jej wiersze w jego przekładach, a dla potrzeb tomiku przetłumaczył jeszcze kilka dodatkowych utworów. Zadura na spotkaniach podkreślał, że to ja na nim wymusiłam te przekłady swoim entuzjazmem wobec jej wierszy, co jest oczywiście przesadą, bo to on wybrał i przełożył utwory, a zrobił to tak znakomicie, że nie są tylko udanymi przekładami, ale i tekstami, które wywołują żywe emocje, refleksje i estetyczne wzruszenia. Jak napisał Tomasz Swoboda: „udzielił tym przekładom wielu dóbr, które znamy z jego poezji”

Już pierwsza prezentacja wierszy poetki została zauważona, napisali do mnie wówczas spontanicznie krótkie do niej komentarze m.in. Joanna Ślósarska i Tomasz Swoboda, których kilka lat później, kiedy już poważnie myśleliśmy o wydaniu tomiku, poprosiłam o recenzje wewnętrzne. Towarzyszyły one ostatniej jak do tej pory prezentacji poetki we „Frazie” w r. 2008, a potem weszły do zbioru jako jego wstęp i posłowie. Ciekawe, że choć należą do różnych pokoleń, Joannę Ślósarską (rówieśniczkę Natałki, obie urodziły się w pierwszej połowie lat 50.) i Tomasza Swobodę (urodził się pod koniec lat 70.) łączy zadomowienie w kulturze francuskiej. Swoboda jest romanistą na Uniwersytecie Gdańskim, tłumaczem eseistyki i poezji francuskiej oraz ich badaczem i komentatorem, stale współpracującym z „Literaturą na Świecie” i wydawnictwem Słowo/Obraz terytoria. Joanna Ślósarska zaś teoretykiem literatury, profesorką Uniwersytetu Łódzkiego, ale także poetką i autorką powieści Fibiriel, pomysłodawczynią i współzałożycielką działającego w Łodzi Stowarzyszenia Literackiego im. K.K. Baczyńskiego, organizującego znany konkurs poetycki i wydającego wiele tomików poetyckich.

Miłość w Kijowie

Wydaje mi się, że poezja Natałki Biłocerkiweć mocniej, niż to ma miejsce w przypadku młodszych od niej poetów ukraińskich z roczników 60. i 70., wiąże się z mniej współcześnie popularną kulturą romańską i kulturą europejskiego Południa, co widać choćby w intertekstach wierszy, w których pojawiają się: Pessoa, Kawafis, Vallejo, Dante, Wergiliusz, motywy z greckich mitów. Jest także Blake w wierszu Róża, Ernst Jünger, klasyk literatury ukraińskiej Taras Szewczenko. Spotkamy aluzje muzyczne do klasyki anglosaskiej muzyki popularnej (I wanna be your lover i Kurtka z cielęcej skóry) i jazzu, jak się wydaje, będących fascynacjami z lat młodości autorki, tłem i znakiem ówczesnych wtajemniczeń. Niekiedy funkcjonują one, jak w liryku Jazz, jako symbol wolności:

Jazz, choć wtedy nie był zabroniony
nie był dobrze widziany.
Oni grali więc w jakichś podejrzanych klubach,
w restauracjach, w ciemnych zimnych piwnicach,
w kwietniowych kawiarnianych ogródkach.

Mykołę Riabczuka poznałam na jubileuszu 40-lecia pracy twórczej Bohdana Zadury w Puławach, a potem dwukrotnie gościliśmy go i Natałkę w Rzeszowie – raz turystycznie i towarzysko, po raz drugi – współorganizując z WSIiZ w Rzeszowie jego otwarty wykład na temat miejsca Ukrainy w Europie, a z Krystyną Lenkowską - w ramach jej cyklu Preteksty Literackie - polsko-ukraińskie spotkanie literackie „Wiersze zawsze są wolne”, w którym wziął udział także Zadura. Chyba wtedy zaczęła we mnie dojrzewać myśl o publikacji tomiku Natałki. Odczuwałam to z jednej strony jako wypełnienie zobowiązania wobec poetki i tłumacza, którzy rzeszowskiej „Frazie” powierzyli polskie losy jej poezji. Z drugiej strony – uważałam z pewną pychą, że ponieważ konsekwentnie promujemy jej poezję – zaszczyt jej pierwodruku powinien przypaść właśnie nam. Ale może najważniejsze było spełnienie marzenia o daniu polskiej kulturze czegoś niezwykłego, poruszającego, pięknego – czym w mojej lekturze jest poezja Natałki Biłocerkiweć, przełożona z czułością i troską o wydobycie wszystkich artystycznych niuansów przez Bohdana Zadurę.

W. Michalakowa otwiera spotkanie w Kuncewiczówce w Kazimierzu
fot. Marek Zadura

Wiem z jego uwag, że tłumaczenie wierszy Natałki to zadanie bardzo trudne – ale z drugiej strony – dostrzegam z satysfakcją, jak tłumacz-poeta realizuje w nich swoje unikatowe umiejętności pisania regularnych wierszy o zróżnicowanych rytmach i z trudnymi rymami. W tych przekładach Zadura wraca jakby do swoich klasycystycznych początków – np. z debiutu W krajobrazie z amfor. Z drugiej strony wydaje się odnajdywać w pojemnej dykcji poetyckiej Biłocerkiweć swoje żeńskie alter ego. Jeśli wczytać się nawet w ten niewielki, obejmujący 30 utworów tomik, odnajdziemy tam wiersze wolne, pisane dosadnym, kolokwialnym idiomem, poezję naturalną jak rozmowa przy lampce wina czy burzliwa dyskusja przy kawiarnianym stoliku, pełną czytelnych aluzji do rozmaitych wydarzeń politycznych, historycznych, które zajmują uwagę mieszkanki świata, Ukrainki, kijowianki, ale też zwykłej-niezwykłej kobiety, która w wierszach pojawia się w wielu rolach. Jak słynny „meteor” ze znanego wiersza Czechowicza: jest dzieckiem, młodą dziewczyną, dojrzałą, starzejącą się kobietą, kochanką, przyjaciółką, córką, żoną, sąsiadką, patriotką, intelektualistką, krytycznie obserwującą i komentującą otaczającą ją rzeczywistość.

Przejmujące są zwłaszcza te utwory, w których łączy się perspektywa osobista i publiczna, a poetka ukazuje kobiety tragicznie i groteskowo zaplątane w wielką politykę, z empatią rysując złożone emocjonalne tło wydarzeń, jak w Technically speaking, osnutym wokół afery Moniki Levinsky czy napisanym na fali politycznych zabójstw na Ukrainie liryku Miłość w Kijowie. W przypadku tych wierszy (a także wspomnianego Jazzu czy My nie w Paryżu umrzemy) można nawet mówić o jakimś podgatunku „politycznego erotyku”, który poetka wymyśliła i kreuje. Kiedy na spotkaniu w Puławach zapytałam Natałkę o ten motyw jej wierszy, powiedziała, że to przecież nic nowego w sztuce i jako przykład wskazała choćby ostatni film Bertolucciego. Zaś komentując wiersz Miłość w Kijowie mówiła o chęci stworzenia współczesnej wersji miejskiej ballady o miłości i zbrodni, osadzonej w realiach wczesnego drapieżnego kapitalizmu.

Wino aniołów

Myślę także, że tak Zadurę, jak i polskich czytelników poezji Biłocerkiweć urzeka charakterystyczne dla niej połączenie zwyczajności lirycznego idiomu i poetyckiej niezwykłości. Poetka nie boi się bowiem także tonów i dykcji wysokiej, wpisuje swą personę liryczną w „wielki orszak zmarłych poetów”. Utożsamia się z Dantem i jego bohaterką Laurą, dostępuje poetyckiej inicjacji „podziemnym ogniem”, gdyż hołduje takiemu, „piekielnemu” mitowi pochodzenia poezji. Dla porównania Tadeusz Różewicz, który wykreował w Zwiastowaniu poezji własny mit poetyckiej inicjacji, także wskazywał na jego „ciemne i krwawe” pochodzenie, ale posłużył się metaforyką żywej wody; pisał o „źródle, z którego bije poezja żywa / ciemne postacie myją w nim ręce / z których spływa krew”. Jak trafnie zauważył Tomasz Swoboda, Biłocerkiweć „jest Laurą naszych czasów, która wyrwała Petrarce pióro i sama napisała swoje Canzoniere”. Jest też Bereniką, utożsamia się z szeregiem wielkich postaci europejskiej tradycji kulturowej. Tworzy zatem w pojemnym, wielokształtnym nurcie współczesnej poezji klasycystycznej.

Natałka Biłocerkiweć na spotkaniu w Kuncewiczówce
fot. Marek Zadura

 

O tę tradycję i związane z nią próby translatorskie zapytała poetkę podczas spotkania w Krakowie prowadząca je Iwona Misiak. Polscy czytelnicy wierszy Biłocerkiweć wskazują na jej pokrewieństwa z poezją Wisławy Szymborskiej (bodaj w Lublinie nazwano ją Szymborską poezji ukraińskiej), Maryny Cwietajewej, Sylvii Plath czy francuskiej poetki Collete Peignot. Natałka, omawiając swoje próby przekładowe, mówiła o fascynacji wczesną poezją Anny Achmatowej, o lirykach peruwiańskiego poety Cesara Vallejo, który zainspirował jej najsławniejszy wiersz My nie w Paryżu umrzemy, o tłumaczeniach wierszy Czesława Miłosza z ostatnich tomów To i Druga przestrzeń, przyznawała też, że bliższa jest jej poezja Julii Hartwig niż Wisławy Szymborskiej. Już ta mapa jej predylekcji, jeśli wzbogacić ją o fascynacje filmowe i plastyczne, np. doskonałą znajomość filmów włoskich (Fellini, Pasolini, Bertolucci), sporo mówi o sensualnym charakterze jej wierszy.

Motywy plastyczne były eksponowane na spotkaniu w Rzeszowie, które miało szczególnie bogatą oprawę. Utwory Bacha i Grażyny Bacewicz zagrała skrzypaczka Filharmonii Rzeszowskiej Elżbieta Stanisz, wiersze czytali studenci polonistyki, a spotkaniu towarzyszyła wystawa, zainspirowanych poezją Natałki, prac rysunkowych i obrazu Marleny Makiel-Hędrzak, która jest autorką projektu okładki i ilustracji w tomie. Podczas poprzedniego naszego spotkania Natałka podarowała mi swoje dwie książki poetyckie i dostrzegłam, że przykłada duże znaczenie do oprawy plastycznej. Chciałam zatem, żeby jej polski tomik także był piękny i myślę, że to się udało zrobić najlepiej, jak było można. Poetka podkreśliła, że najbardziej ujęło ją to, jak trafnie plastyczka wyeksponowała na okładce szaro-popielatą gamę barw, która jest jej ostatnio najbliższa (np. wiersz Szaro-niebieski). Choć autorka krytycznego wprowadzenia do rzeszowskiego spotkania, Krystyna Lenkowska, podkreśliła bogactwo symbolicznych i obrazowych konotacji koloru czerwonego w jej poezji.

Na spotkaniu w Rzeszowie mowa była o kilku wierszach tomu. Autorka opowiadała o okolicznościach powstania tajemniczego, metaforycznego wiersza Czerwony wagon (który zainspirowała kolejka miejska w stolicy Norwegii Oslo). Tłumaczyła się Krystynie Lenkowskiej, dlaczego w wierszu Róża napisała: „cała ta poezja – tylko wstyd i nuda”. Tytułowe wiersze Róża i Nóż są utworami autotematycznymi, próbą metaforycznego zobrazowania, czym jest i jaka powinna być poezja, a ich przesłanie zdaje się mieścić w próbie pogodzenia sprzeczności: piękna i brzydoty, ekscytacji i nudy, wielkości i małości, leku i terapii, ale też możliwości zranienia, a nawet zadania śmieci.

N. Biłocerkiweć, M. Riabczuk, M. Rabizo-Birek w Kuncewiczówce
fot. Marek Zadura

 

Poetka podkreśliła, że jej ambicją jest konstruowanie wierszy „bezoosobowych”, bez wyraźnie nakreślonej płci podmiotu mówiącego, które równie opowiadałyby o kobietach, jak i o mężczyznach. Jako przykład podała erotyk Oczy z mottem z Kawafisa i dwuznacznym słowem „kochankowie”, który można odczytywać jako aluzję do homoseksualnych motywów poezji greckiego poety, ale także jako wiersz, który opowiada o przeżyciach miłosnych kobiety:

Skóra jakby zrobiona z jaśminu
była twoja, nie twoich kochanków,
twoje spojrzenie spod opuszczonych powiek,
twoje dłonie, ramiona... a nad nimi
egipskiego pokroju uśmiech,
jakby wzięty z ciemnego muzeum.

Rzeczywiście w wierszach Biłocerkiweć widać, że poezja nie jest ani kobietą, ani mężczyzną, że pisanie jest także darem empatycznego widzenia i odczuwania ponad ograniczeniami płci – stąd tak znakomite w jej wierszach portrety mężczyzn i kobiet oraz tajemniczych, fantastycznych, potężnych i śmiercionośnych istot, uosabiających sferę sakralną i metafizyczną: aniołów, smoków, jaszczurów, skorpionów, jak w wierszu Wino aniołów:

Tu nie ma zwycięstw, klęsk szukać daremnie;
tu skorpion drzemie u stóp rododendronu.
W rozbłysku oka - boża ciemność,
jak hieroglify na skórze skorpiona.

 

Nieprzetłumaczalny Saksofonista

Niestety nie mogłam być na spotkaniu w Lublinie, które, sądząc z opowieści poetki i tłumacza było udane, z dużą, doborową, znakomicie przygotowaną publicznością, która zadawała wiele konkretnych i dociekliwych pytań. Kontrowersje wzbudził np. wiersz Apteka z wyrażeniem „dyżurny felczer”, które uznano za błąd rzeczowy i poetka musiała tłumaczyć, że to nie błąd tłumacza, a jej celowy zabieg; słowo to bowiem, jej zdaniem, nadawało utworowi pożądany charakter retro i oniryczny klimat. Na przedpołudniowym spotkaniu w zasypanej śniegiem Kuncewiczówce rozbrzmiewał przebój znanej ukraińskiej grupy Martwy kogut – piosenka do słów wiersza poetki My nie w Paryżu umrzemy – jak wspomniałam - najpopularniejszego wiersza poetki, „wiersza znanego epoce”, jak nie przymierzając Herberta Przesłanie Pana Cogito. Porównanie tych dwóch utworów „znanych epoce” wiele mówi o różnicach między polską a ukraińską poezją lat 70. i 80. Aby ukazać popularność tego wiersza na Ukrainie, Zadura przeczytał także przetłumaczony przez siebie jego pastisz – żartobliwy wiersz Jurija Andruchowycza Pomnik.

Gdybym miała wskazywać na związki między światami poetyckimi Zadury i Natałki – wskazałabym przede wszystkim na podobieństwa między poematem Cisza – poetyckim trenem po śmierci ojca i wizerunkiem Polski czasów stanu wojennego a epitafium Natałki dla jej ojca Walc oraz poematem Maj, ewokującym katastroficzno-żałobne nastroje po katastrofie w Czarnobylu. Ciszę i Maj - wybitne dzieła wschodnioeuropejskiej poezji - wyróżnia ściszony ton, właściwie szept, a nie krzyk wściekłości czy protestu. Takie nastrojenie poetyckiego głosu wynika z najgłębiej osobistego przeżywania żałoby, która ma wymiar jednocześnie prywatny i narodowy. Nie jest to głos rebeliantów i demonstrantów, to jest ten ton i ten zestaw obrazów, które odnajduję także w nakręconych tuż po stanie wojennym filmach Krzysztofa Kieślowskiego: w serialu Dekalog czy w niedocenionym przez krytyków, przyjętym przez widzów z mieszanymi uczuciami filmie Bez końca.

Na spotkaniu w Puławach zapytałam Zadurę, dlaczego tak mało w jego tłumaczeniach wierszy kobiet i czy jest tak, że ich poezja mniej mu się podoba, albo jest mu jako mężczyźnie trudniej wejść w jej świat i ją tłumaczyć? Tomik Natałki Biłocerkiweć jest bowiem pierwszą książką poetycką kobiety w jego dorobku przekładowym. Zadura odpowiedział, że rzeczywiście jest coś na rzeczy w tej obcości, bo jemu jako poecie chodzi o tworzenie „męskiej dykcji”, ale z drugiej strony uważa, że na przykład poezja Hałyny Petrosaniak (której wiersze ukazały się w antologii Wiersze zawsze są wolne) jest bardzo bliska jego światoodczuciu, więc nie może generalizować. Natomiast przyznał, że tłumaczenie wierszy Natałki jest trudne i bardzo czasochłonne, czasem jednego rymu można szukać i nie znaleźć przez parę miesięcy, a bez niego cały przekład wiersza jest „do chrzanu”, zwyczajnie go nie ma. Niektórych utworów, jak np. czytanego kilkakrotnie przez Natałkę na spotkaniach „jazzowego” wiersza Saksofonista, nie udało mu się, z powodu efektów muzycznych i idiomatycznych znaczeń, przetłumaczyć.

W. Kuba otwiera spotkanie w willi Samotnia w Puławach.
fot. Marek Zadura

 

Spotkania w Lublinie, Kazimierzu i w Puławach, w których uczestniczyli autorka i tłumacz, były okazją do skonfrontowania wierności przekładów wobec oryginału. W przypadku wiersza Walc, który oparty jest na rytmie tego tańca, można mówić o przekładzie kongenialnym. Czasem jednak było widać różnice w melodyce między oryginałem a przekładem. Pewną rolę odgrywała tu znacząca różnica w sposobie czytania tekstów przez oboje poetów, wynikająca z innych tradycji – poezja polska jest obecnie w swym głównym nurcie poezją wiersza wolnego, a ukraińska – wciąż jednak wiersza rytmicznego. Natałka czytała zatem swoje wiersze w taki sposób, by podkreślić melodię i rytm wiersza, Bohdan akcentował sensy i znaczenia, starał się nawet „przejść” głosowo ponad rymami, by wiersz był bliższy językowi codziennemu. Ta praktyka spotkała się ze zróżnicowanym odbiorem u słuchaczy. Ale na przykład moje dzieci, obecne na spotkaniu krakowskim, powiedziały mi, że bardziej im się podobały tłumaczenia niż oryginały. Może nie powinno to dziwić, bo interpretowała je znakomita aktorka Bożena Adamek. Albo po prostu bliższy współczesnej polskiej wrażliwości jest wiersz o swobodnym konturze rytmicznym, właśnie taki, jak naruszające niekiedy ścisłe, rytmiczne regularności oryginału, przekłady Zadury?

Ciekawa była refleksja jednego ze słuchaczy w Puławach, który zauważył, że bardzo dobrze rozumie wypowiedzi poetki, natomiast ma ogromne trudności z rozumieniem jej poezji po ukraińsku. Miałam podobne refleksje, kiedy próbowałam czytać jej wiersze w oryginale. Natałka odpowiadała, że najbliższa jest jej poezja prawdziwie „poetycka”, odmienna od języka kolokwialnego, artystycznie zorganizowana, rytmiczna, z figurami mowy. Ja zaś sobie pomyślałam, że cechą języka literatury, zwłaszcza poezji, jest wykorzystanie unikatowych właściwości danego języka, jak gdyby zintensyfikowanie i podkreślenie tych cech, które go różnią od innych języków – poezja jest z natury rzeczy idiomatyczna.

W stronę powieści

Na pierwszym ze spotkań zapytałam Natałkę, jak ocenia wybór, którego w Róży i nożu dokonał Zadura, czy jest reprezentatywny dla jej poezji i dobrze oddaje jej charakter? Poetka potwierdziła, że tak. Z moim pytaniem korespondowało te, które zadała w Krakowie Iwona Misiak, pytając poetkę o drogę poetycką i jej metamorfozy. W obu tych pytaniach skrywała się prośba o autocharakterystykę własnej twórczości. Natałka mówiła o rysującym się w jej twórczości zasadniczym podziale na poezję pisaną wierszem regularnym i poezję pisaną, jak to ujęła: „verslibrem” (wierszem wolnym). Wiersze „rytmiczne” pisała ponad trzydzieści lat, a publikować zaczęła bardzo wcześnie, już jako nastolatka i te pierwsze, naiwnie patriotyczne wiersze zyskały dużą popularność. Kiedy była w Kanadzie, jednak z przedstawicielek licznej tamtejszej ukraińskiej diaspory powiedziała, że jej młodzieńczy wiersz o mowie ojczystej wyhaftowała krzyżykami i oprawiła w ramkę. Wiersze wolne pojawiły się w jej poezji w latach 90., co uważa za istotny przełom w swej twórczości. Wtedy też zmienił się charakter utworów, które stały się bardziej narracyjne, jakby były małymi nowelami, pomysłami na dłuższe powieści. Te utwory zaprowadziły ją do prozy. Od kilku lat nie pisze wierszy, a pracuje nad powieścią - historią życia mężczyzny z jej pokolenia. Uważa, że w literaturze ukraińskiej brakuje bardziej tradycyjnie napisanych współczesnych narracji z wyrazistym bohaterem i dobrze zarysowanym tłem obyczajowym i historycznym.

N. Biłocerkiweć na spotkaniu w Puławach
fot. Marek Zadura

 

Róża i nóż – jeśli popatrzeć na tomik z perspektywy formalnej – rzeczywiście dzieli się na dwa nurty: rytmiczno-symboliczny i „wolnowierszowo”-narracyjny. Poezja Biłocerkiweć jest jak kobieta: zmienna, bogata, wieloraka. Jej wiersze są muzyczne, bogate w środki poetyckiego wyrazu, zwierają wiele ciekawych anegdot, niebanalnych portretów ludzi i ciekawych autoportretów, bo poetka potrafi popatrzeć na siebie jak na kogoś obcego, zwłaszcza na siebie z przeszłości. Żywo reaguje na aktualność i ciekawie splata publicystykę z żywiołem lirycznym, pisze niebanalne erotyki, potrafi wykreować poetyckie „kompozycje czyste”, wiersze „parnasistowskie” i symboliczne w najlepszym tego słowa znaczeniu, jak Wino aniołów czy Podziemny ogień. Pisze liryki intymne, osobiste, ale i wiersze pokoleniowe, z wyraźnym lirycznym „my”: Maj czy My nie w Paryżu umrzemy...

Przeczytałam niedawno przysłany mi do „Frazy” krótki esej Ołeksandra Bojczenki Jakież to światło bije od zgniłej Warszawy (to cytat z wiersza Serhija Żadana). Autor pisze w nim o boomie literatury ukraińskiej w Polsce i stara się scharakteryzować to, co się u nas wydaje, zwłaszcza w ostatnich latach. Kiedy ocenia, jaka ważna dla ukraińskiej kultury jej część jest stosunkowo mało tłumaczona i niezbyt popularna, zauważa że jest to poezja ukraińska „wysokiego lotu” i podaje przykłady: Tyczyny i Rymaruka. Po lekturze tego eseju zaczęłam zastanawiać nad tym, czy poezja Natałki nie przynależy przypadkiem do tego właśnie nurtu? Jeśli jednak jest to przykład „wysokiego modernizmu”, to ma on „ludzką twarz” i szanse trafienia do szerszego grona czytelników niż średnio- i młodoliterackie środowisko, do którego adresowana jest poezja Andruchowycza, Bondara, Żadana, Sływyńskiego czy Machny.

I jeszcze wypada mi serdecznie podziękować gronu ludzi życzliwych i kochających poezję, dzięki któremu udało się zorganizować tak bogate tournee Natałki Biłocerkiweć: Markowi Staniszowi i Krystynie Serwatko z Rzeszowa, Bogusławowi Wróblewskiemu z Lublina, Wandzie Michalakowej z Kazimierza, Wojciechowi Kubie z Puław i Erykowi Ostrowskiemu z Krakowa.

Magdalena Rabizo-Birek


 
        © 2006-2010 FRAZA. Layout: Jaro. Realizacja: Agencja reklamowa MG Studio